Ten pamiętnik został przypadkiem odnaleziony w poczekalni u dentysty. Publikuję jedynie fragmenty. Całość jest bardzo pouczającej treści… 

poniedziałek: Ależ wspaniały wiatr wiał dziś rano gdy szłam do szkoły! Muskał moje włosy i łamał gałęzie okolicznych drzew. Leciały też dachówki. Pewnej kobiecie porwał pustą torbę reklamową (pewnie szła na zakupy) i miotał nią (torbą, znaczy się) po całej ulicy. W dodatku zaczęło padać. Byłam wyposażona  wprawdzie w parasol, ale nie udało mi się go nawet otworzyć. Natychmiast wywracał się na nice, mokłam więc całkiem dobrowolnie, bo przeczytałam gdzieś, że deszcz świetnie działa na cerę. Wspaniała okazja, by to sprawdzić! Kiedy nadjechał oczekiwany tramwaj, moja cera była już wystarczająco nawilżona deszczem. Woda strugami lała mi się za kołnierz kurtki i chlapała dookoła, wobec czego zamókł mi, wyjęty z kieszeni, bilet. Nie mogłam go skasować. Na następnym przystanku wsiadł kanar i mnie przyłapał. Był wyjątkowo dobrze ułożonym, młodym człowiekiem, z prawdziwą przyjemnością zapłaciłam więc karę. Obiecałam sobie, że napiszę do przedsiębiorstwa komunikacyjnego, żeby zatrudnili więcej takich miłych kontrolerów! Kiedy wysiadałam na przystanku pod szkołą, wiatr mnie tak musnął, że upadłam na chodnik i złamałam sobie rękę. Jakie to szczęście, że mam jeszcze jedną! Ten sam kontroler zadzwonił po karetkę. Z pogotowia zdążyłam akurat na ostatnią lekcję. Przez ten świeży gips stałam się centrum zainteresowania profesora od historii. Wypytywał mnie o Łokietka. Uważam, że to bardzo miłe z jego strony, chciał być w temacie. Oczywiście powiedziałam mu wszystko, co wiedziałam o ostatnim królu Polski. Profesor na to, że jeszcze nigdy nikt go tak nie zaskoczył! Aha! Chyba mu się trochę podobam… Postawił mi jedynkę, dla niepoznaki.

wtorek: Nie opisywałam jeszcze swojej nowej szkoły. Gmach jest cudownym, romantycznym, zabytkowym zamczyskiem, ciemnawym, i jak mówią niektórzy złośliwcy – dość ponurym. Ja bynajmniej nie odnoszę takiego wrażenia. Na przerwach można wymyślać wiele wesołych rzeczy: wyścigi między kolumnami itp. Fajowa ta szkoła! Pełno w niej labiryntów i stromych schodów. Śledziłam właśnie na dużej przerwie Karola z III D, który się we mnie kocha, ale dla zmylenia śladów oprowadza się z tą Baśką z II C. Schody są jednak strome. Pośliznęłam się dosyć niefortunnie… Efekt? Noga do niczego. Złamana. Dyrektorka szkoły wezwała pogotowie. Ludzie z klasy nie mieli dzięki mnie matmy. Wszyscy pomagali sanitariuszom. Nie wiedziałam, że jestem tak powszechnie lubiana. Bo przecież przyjaciół poznaje się w biedzie! Aha, pod szkołą, gdy wnosili mnie do karetki, mignęła mi przez chwile sympatyczna twarz kontrolera z wczoraj…

środa: Tym razem zatrzymali mnie w szpitalu. Jest bardzo fajnie. Leżę sobie jak jakaś księżniczka na ziarnku grochu. Noga na wyciągu i unieruchomiona ręka. Wszyscy pacjenci, którzy są akuratnie „na chodzie” przychodzą mnie oglądać. Chyba z braku innych sensacji. Tyle się więc wokół mnie dzieje, że trudno mi się nudzić. Dziś w nocy wicher (wieje przecież tak cudnie już od poniedziałku) wypchnął okno z ram i spadła mi niedokręcona, okienna klamka – prosto na głowę. Na czole natychmiast wyrósł guz wielkości i koloru bakłażana. Niezły okaz. Całe konsylium lekarskie go podziwiało. Także kontroler z tramwaju, który wpadł mnie odwiedzić. Dowiedział się wczoraj gdzie mnie odwożą. Niewiele mówił, ale przyniósł mi porcelanowego słonia z podniesioną trąbą. Powiedział, że na szczęście. Wracając do guza, będę teraz musiała zmienić uczesanie, może na jakąś fajową fryzurę z grzywką? Od dawna się nad tym zastanawiałam, a tu proszę, klamka okienna rozwiązuje mój fryzjerski dylemat! Czy to nie szczęśliwy zbieg okoliczności? Więcej jednak takich „zbiegów” nie będzie, bo przestawiono moje łóżko jak najdalej okien.

czwartek: Do koleżanki, która leży ze mną na tej samej sali, przyszedł w odwiedziny jej chłopak z młodym psiakiem, takim śmiesznym pulpecikiem. Facet schował go za pazuchą kurtki, żeby mógł go w ogóle wnieść na salę. Sympatycznie wyglądający pieseczek (sama słodycz!) chyba poczuł do mnie miętę, bo wyskoczył spod kurtki i z wielkim warkotem ugryzł mnie w zdrową nogę. Dyżurny lekarz stwierdził, że czeka mnie seria bolesnych zastrzyków w podbrzusze – pies nie był jeszcze szczepiony, bo chłopak miał go dopiero od kilku dni. Dobrze, że zastrzyków nie będę dostawać w pupę, bo jak tu się pokazać z posiniałymi od igieł pośladkami na basenie, gdyby przyszła mi nagle ochota, by popływać w październiku? W każdym bądź razie pomysł pływania zganił Michał (tak ma na imię kontroler z tramwaju, który dzisiaj przyszedł mnie odwiedzić), twierdząc, że najbliższe tygodnie powinnam spędzić nie wychodząc nigdzie z domu. Przyniósł mi też takie zabawne  kalkomanie z czterolistną koniczyną, którą kazał mi poprzyklejać w różnych miejscach. Ciekawe, co to oznacza? Czy on się do mnie tą koniczyną zaleca?

piątek: Dziś wieczorem stłukłam sobie okulary, kładąc się na nie niechcący podczas nader interesującej lektury („Chłopi” Reymonta) w szpitalnym łóżku. Pogruchotały się doszczętnie, łącznie z oprawką (przycisnęłam je jeszcze ręką w gipsie, nie miały szans). I tak wszyscy twierdzili, że lepiej wyglądam bez nich. Na zegarek mogę przecież patrzeć przez szkło powiększające… Michał wyglądał dzisiaj na lekko podłamanego. Chyba ma jakieś kłopoty, ale za krótko się znamy, by porozmawiać na tak osobiste tematy. W pewnej chwili wyszedł i wrócił po godzinie z pluszowym, błękitnym delfinkiem. Co on tak z tymi zwierzętami?

sobota: Przyszli moi rodzice w odwiedziny. Nareszcie! Mama przyniosła termos z domowym rosołem, który tak uwielbiam. Podczas gdy nalewała mi go do filiżanki, tato nieopatrznie potrącił jej łokieć. Mama wylała na mnie dość gorący płyn. Właściwie to prosto na niezagipsowaną rękę. Mam szczęście, mogłam mieć poparzoną rosołem twarz! Po rodzicach prawie zaraz zajrzał Michał. Miał dziwnie przestraszone oczy, a gdy dowiedział się, z jakiego powodu zabandażowali mi drugą rękę, siedział przy moim łóżku z twarzą ukrytą w dłoniach. Chyba ma straszne kłopoty. Biedactwo, a tak chciałabym mu pomóc! Naprawdę zdążyłam go już polubić. W końcu nie musi mnie odwiedzać w szpitalu, jest zwyczajnym znajomym z tramwaju!

niedziela: Obudziłam się dopiero wieczorem, po całym dniu otępiającego snu. Dowiedziałam się, że jestem po operacji wycięcia wyrostka robaczkowego! Lekarz pomylił mnie po prostu z koleżanką od psa, bo moje łóżko po wypadnięciu okna przestawiono. Właściwie, to do czego mi ten wyrostek był potrzebny? Skoro się go wycina, to w porządku, no nie?? Kiedy tylko przyszedł Michał, natychmiast się z nim skonsultowałam w kwestii nieprzydatności wyrostka. Michał zemdlał. Jak ja mogłam obarczać go swoimi problemami, kiedy on jest tak wątłego zdrowia? Michał wylądował na sali obok mojej, bo stłukł sobie głowę. Nie będzie musiał mnie teraz odwiedzać. Po prostu będzie cały czas na miejscu…

poniedziałek: U mnie się dzisiaj kompletnie nic nie działo, ale Michał jest prawdziwym pechowcem. Przez to lekkie obrażenie głowy, którego nabawił się podczas omdlenia, leży w szpitalu, a tu od razu odkryli u niego przepuklinę! Tylko się dostać w łapy doktorów! Będzie miał operację. Byłam u niego wieczorem i nawet nie używałam kul, by przejść tych parę metrów. Michał, mimo czekającego go zabiegu był podejrzanie wesoły. Jego wesołość znacznie się zwiększyła, gdy oznajmiłam, że dzień był trochę nudny, ponieważ nie mam mu nic ciekawego do opowiedzenia. Mówił coś bez sensu pod nosem, w rodzaju (o ile dobrze usłyszałam): ”przeszło na mnie, przeszło na mnie!”. Potem stwierdził, że bardzo mnie lubi. Ciekawe… Czy to skutek leków, które mu tu podają? Tak czy siak, spędzimy razem jeszcze kilka dni, więc sprawdzę prawdomówność Michała! I jego uczucia…

Tekst: Beata Łukasiewicz. zdj. kobieta.pl