KIEDY FLACJUSZ, MAG DRUGIEGO STOPNIA WYPIJA WYPRODUKOWANY PRZEZ SIEBIE ELIKSIR MŁODOŚCI NIE WIE, ŻE KICHNIĘCIE SMOKA ZMIENIŁO JEGO MAGICZNĄ FORMUŁĘ. MAG ODMŁADZA SIĘ, ALE PRZEZ DZIURĘ CZASU WPADA NA… TECHNO PARTY!

- Tyle razy cię prosiłem, żebyś nie kichał w pracowni! – powiedział do smoka Flacjusz, mag drugiego stopnia. Już po raz czwarty tej nocy musiał ustawiać ampułki z eliksirami. Wszystkie pospadały zmiecione kichnięciem Aleksandra Kassiusa V (zwanego Kajtkiem), smoka przydzielonego Flacjuszowi przez Radę Magów za obronę dyplomu w rzucaniu zaklęciami i odpieraniu guseł.

- Nic na to nie poradzę, że w twojej wieży hulają takie przeciągi! Powinienem dostawać tuzin żab więcej na obiad w zamian za ciężkie warunki pracy – poskarżył się Kajtek, wycierając pysk chusteczką wielkości sporego żagla. Wyglądał okropnie, katar męczył go już drugi dzień. W dodatku obaj uwięzieni byli na szczycie wieży, w magicznej pracowni Flacjusza, bo schody za drzwiami zawalone były brudnymi chusteczkami Kajtka.

- Aha, ale co my tu mamy? Nagle zmienił się kolor… – mruknął pod nosem Flacjusz, obserwując jedną z probówek. Wesoło bulgotał w niej płyn o barwie wściekłych landrynek. – Czcigodny Gwidon w swoim podręczniku eliksirów nadmienia, że powinien być dokładnie amarantowy…

- Czy to ten eliksir młodości, nad którym pracujesz od 20 lat? – spytał zakatarzonym głosem Kajtek.

- Uhm. Coś mi się zdaje, że… Aleksandrze Kassiusu, nadeszła  wielkopomna chwila! – mag szperał w jakiejś mocno zakurzonej księdze, która robiła do niego głupie miny i próbowała ugryźć go w palec. – Koniec moich wieloletnich wysiłków. Chyba mam eliksir! Nareszcie pozbędę się brody! – czarnoksiężnik zaczął radośnie podrygiwać, nucąc i trzymając ampułkę w dłoni. Zamiatał brudne podłogi pracowni swą nadgryzioną przez mole szatą. Widok można by porównać do radosnych działań buldożera w sosnowym lesie, w lipcowy poranek.

- Skąd wiesz, że wyszedł ci eliksir młodości a nie, na przykład, płyn na porost włosów? – zapytał rzeczowo smok.

- Tego do końca nie będę pewien, póki nie spróbuję. Łyknę eliksiru i zobaczę, co się stanie! – wykrzyknął entuzjastycznie mag. Entuzjazm jest cechą wrodzoną wszystkich szalonych eksperymentatorów. – Mam nadzieję, że sprostasz wyzwaniu?

- Jeśli tylko w ten sposób pozbędę się kataru, to czemu nie? – zdesperowany smok wzruszył ramionko-łapami.

Flacjusz odkorkował ampułkę, spojrzał przez moment z zastanowieniem na smoka, odmierzył chochelkę płynu i podał Kajtkowi. Sam zbliżył buteleczkę do ust:

- No to: dwa, pięć, siedem!

Łyknęli. Przez moment nie działo się kompletnie nic. Potem smok zaczął się kurczyć. Coś huknęło, błysnęło, zadymiło i zapadła ciemność.

***

Flacjusz z trudem otworzył oczy. Leżał na ziemi, a świat migotał. Przypominało to błyskawice, z tym, że błyskawice nie błyskają tak często. Panował nieopisany zgiełk. Zewsząd dochodziły dziwne dźwięki. Jakby wiedźmy grały na piłach z towarzyszeniem kotłów. Wokół było pełno młodych ludzi, poubieranych w metalicznie błyszczące stroje (zbroje?). W świetle błyskawic poruszali się jakoś tak kanciasto. „Może to homonculusy szlachetnego Pistacjusza?” – zastanowił się mag, przypominając sobie człekopodobne stwory wielkiego czarnoksiężnika, które ów lepił z plastum magicum. Zaczęły go boleć oczy. Próbował sprawdzić, czy w pobliżu nie ma Kajtka. Coś poruszyło się na jego piersi. Popatrzył po sobie. On sam też był odziany w błyszczącą tkaninę. Na nogach miał dziwne rury materiału. A z górnej kieszeni wyglądał pyszczek… szczura! Flacjusz usiadł i spytał: – Kajtek, to ty?

- Ja, ja – odparł nadal zakatarzonym głosem Kajtek. – Widzisz, do czego doprowadzają niekontrolowane eksperymenty? Do ewolucji smoka w szczura laboratoryjnego. Dobrze ci tak. To znaczy dobrze wyglądasz bez brody. Ja jednak wolałem swoje łu, łu, łu… – wywód przerwało kichnięcie.

- Hej, koleś, co ty robisz na glebie? Wstań, bo cię stratują! – Flacjusz podniósł głowę i ujrzał niewiastę. Tak mu się wydawało, bo jej włosy były strasznie krótkie. No i miała też te dziwne rury materiału na nogach. Właściwie nie wie, po czym poznał, że to niewiasta. Równie dobrze mogła (mógł) to być giermek któregoś z licznie zgromadzonych tu rycerzy.

- Czy to jakiś turniej? – zapytał Flacjusz podnosząc się z  ziemi, niestety nadal ogłuszony.

- Turniej? Można to tak nazwać – zaśmiała się, przekrzykując hałas. Nagle oczy zrobiły jej się okrągłe ze strachu: – Na tobie siedzi szczur! – wrzasnęła.

- Zaprzyjaźniony – odparł flegmatycznie Flacjusz, nadal nie mogąc dojść do siebie. Gdzie ja jestem?

- Facet, ale ci musiało dogrzać! Może łyknąłeś za dużo piwa?

- Co to jest piwo? Czy to jakiś eliksir? Może łyknąłem, bo ostatnie co pamiętam, to ciemność.

- Cały czas gadasz jakoś dziwnie… Chodźmy do baru, napijemy się coli. Tam jest ciszej… – powiedział z namysłem jego nowy opiekun. – Mam na imię Marta, a ty? „Ach, więc to niewiasta!” – uspokoił wreszcie swoje wątpliwości Flacjusz. – A ja mam na imię Fla… – przerwało mu kichnięcie szczura.

- Ten zwierzak jest chory! I kicha tak głośno, zrób coś z nim! Masz na imię Franek, tak? Trochę archaiczne. W ogóle wyglądasz na mojego rówieśnika, ale wyczuwam na tobie jakąś patynę czasu. Nie wiem, jak to nazwać… – zaplątała się, i nie chcąc urazić nowego znajomego, zmieniła nagle temat: – Do której budy chodzisz?

- Buda? Jestem magiem drugiego stopnia…

- Na magię to mnie jeszcze nikt nie podrywał! – oznajmiła radośnie. – Stawiasz colę? – podeszli właśnie do cichszego miejsca. Za barierką stał jakiś mężczyzna. Wokół niego było mnóstwo butelek z kolorowymi płynami. „Ten to dopiero musi być potężnym magiem! Sekcja Księgi i Ampuły, jak nic! Prześlę mu tajemny znak” – Flacjusz pokazał barmanowi dwa palce uformowane w magiczną literę V (Vivat Victor!)

- Dwa piwa, czy  dwie cole? – bez mrugnięcia powieką zapytał „czarnoksiężnik”.

- Dwie cole! – zarządziła dziewczyna. – Musisz od razu zapłacić – poinformowała Flacjusza. Na blat wyjechały dwie szklanki z prawie czarnym napojem. Mag odruchowo sięgnął do kieszeni na piersi, Kajtek obkichał mu dłoń, zaczął więc grzebać po rurowatej konstrukcji, którą miał na nogach. Znalazł jakąś monetę i nie oglądając jej nawet, podał „czarnoksiężnikowi”. Ten spojrzał na nią, podniósł bliżej oczu, nadgryzł i pochylił się ku magowi: – Masz takich więcej? Plącze się tu gdzieś zaprzyjaźniony właściciel lombardu… – Flacjusz nic nie zrozumiał z tego pytania. Zanim zdążył cokolwiek powiedzieć, Marta wręczyła mu szklanki i powiedziała:

- Chodź, tam zwolnił się stolik w kącie!

Usiedli i Flacjusz mógł wreszcie baczniej przyjrzeć się otoczeniu. Przede wszystkim sobie. „Te rury wydają się bardzo praktyczne. Przynajmniej nie ciągnie po nogach. Strój wygląda jak zbroja, ale wcale nie uwiera, pomijając drgania na piersiach, powodowane nieustającymi kichnięciami Kajtka. To  miejsce jest dziwaczne. Hałaśliwe, ciemne, tajemnicze. Co tu robi mag z Sekcji Ampuł? Niewiasta obok mnie ma całkiem ładną buzię, ale oszpecili ją, ścinając włosy. Po co przyszli tutaj ci wszyscy ludzie? Czemu mają służyć dziwaczne ruchy ciałem?”

- Często tu przychodzisz? – zapytała Marta, przerywając Flacjuszowi monolog wewnętrzny.

- Nie, jestem tu pierwszy raz i nie bardzo rozumiem…

- Ja też tu nigdy wcześniej nie byłam i prawdę mówiąc wcale mi się tu nie podoba. Wolę „Radio”. Tam jest kameralniej, nie taki kołchoz jak tu, w „Rurze”. Może zmienimy lokal? Byłeś w „Radiu”?

„O czym, na czcigodnego Gwidona, ona mówi?” – zastanawiał się Flacjusz.

- Zresztą, nieważne. Wyjdźmy stąd i chodźmy tam, gdzie jest romantyczniej. Nie można nawet spokojnie porozmawiać, a strasznie jestem ciekawa, jak ma na imię twój szczurek no i w ogóle przestań być taki tajemniczy – kontynuowała Marta pociągając Flacjusza  w stronę wyjścia z klubu. Na zewnątrz była noc, rozświetlona jednak tysiącem błyszczących kaganków, które przyprawiły maga o kolejny zawrót głowy. Szerokimi traktami pędziły jakieś potwory z gorejącymi oczami, przy których smok (w swej pierwotnej postaci) byłby milutkim stworzeniem. Coś jak stokrotka i kaktus. Flacjusz nagle wszystko sobie przypomniał. „Eliksir! Wszystko przez eliksir? Gdzie ja jestem?” Nie dane mu było dłużej nad tym pomyśleć. Dziewczyna wcale nie przejmując się potworami, wypatrzyła jakąś ławkę na skwerku nieopodal. Rzuciła na nią maga i z błyskiem w oku powiedziała:

- Wiesz, lubię przejmować inicjatywę!

Cokolwiek to oznaczało, Flacjusz czarnoksięską intuicją wyczuł, że będą kłopoty. Nie mylił się. Gdy zaczęła go całować („Okarynie, Mistrzu Magów, wybacz, nie ja zacząłem!”) najpierw przeraził się, że natychmiast straci moc. W końcu magom nie wolno zadawać się  z niewiastami. Potem poczuł miłe ciepło rozlewające się po sercu. W końcu zaczął niebezpiecznie drżeć niczym uwięziona mucha, wstrząsana krokami pająka, zbliżającego się do niej po pajęczynie… Wtedy błysnęło, huknęło, zadymiło i zapadła ciemność…

Tekst©: Beata Łukasiewicz

ilustracja pochodzi ze strony: rysunki-olenki.blog.onet.pl