Kącik ptaszęcy

P1010193 (350x233)

Sowy – posłańcy złych wieści?

Chcę opisać moje prawdziwe zdarzenie z sowami, które zamieszkały na jakiś czas w moim ogrodzie. Było to dziwne i… złowróżbne chyba, jak się później okazało.

O tym, że sowy są posłańcami, wie każdy wielbiciel Harryego Pottera. Co jednak chciały mi powiedzieć sowy, które pojawiły się nagle, dokładnie dzień po pogrzebie mojego Dziadka – w końcu czerwca 2008? Mieszkam w centrum dużego miasta, wprawdzie w zielonej jego enklawie, niczym w parku, a wokół mnie jest rzeka i domy z ogrodami. Jest sporo zieleni, jednak nie ma lasu. No chyba, że za las uznamy stary Park Szczytnicki, liczący sobie ładnych kilka hektarów, jest jednak oddalony ok. kilometra od mojego domu.

W ogrodzie nie mamy bardzo starych drzew, są może 30-letnie jabłonie, morele i grusze. I właśnie na moreli upatrzyła sobie „miejsce postojowe” najpierw jedna sowa, po kilku dniach dołączyła do niej druga, aż wreszcie przez cały lipiec pohukiwały na nas trzy sowy! Zachowywały się bardzo hałaśliwie, męczące były ich „odgłosy paszczą”, sąsiadka próbowała je przeganiać klaskaniem – na próżno. Po miesiącu odleciały dokądś.

Nigdy wcześniej nie widziałam w naszym ogrodzie sów, chociaż jakąś białą kiedyś na wałach przeciwpowodziowych w czasie spaceru nieopodal domu - widziałam.  Następnego lata sowy też się nie pojawiły i mamy sowi spokój.

Ich wizytę połączyłam jednak ze zdarzeniami w mojej rodzinie: otóż w styczniu 2008 roku pochowaliśmy Babcię, Pół roku później – Jej męża, czyli Dziadka i po tym własnie pogrzebie pojawiły się sowy – najpierw jedna (może to był Dziadek), potem druga (chyba Babcia?). Kim była trzecia sowa? Zapowiedzią kolejnej śmierci, bo w grudniu 2008 roku pochowaliśmy syna dziadków, czyli mego Tatę. Bardzo to było dziwne i tajemnicze.

Przy okazji, szukając zdjęć sów natknęłam się na zdjęcie drzewa (starej wierzby), zrobione w Ustroniu.

P1120229-683x1024 (233x350)

Skrzydlaty gigancik

Dokarmiam ptaki, głównie sikorki i wróble, dla których ustawiłam gustowny domek na balkonie. Jest on też regularnie odwiedzany przez parę synogarlic, które komicznie wyglądają, czekając co rano grzecznie, aż sypnę im słonecznika. Po prostu do tego domku sikorkowego są dużo za duże, ale jakoś nie przeszkadza to – ani im, ani mnie :-) Co rano proszą o pokarm, a ja im co rano wykładam. Ładniutkie są, nieprawdaż?