Archiwum

TAJEMNICZY OKULARNIK

Na nudnej imprezie, na którą poszłam tylko po to, by poderwać starszego brata solenizantki, zignorowałam nieznajomego okularnika… Tymczasem czekała mnie niespodzianka!

- Jesteś wyrachowana! – powiedziała moja przyjaciółka Mirka patrząc na moje nogi i minispódniczkę. Nogi (nie mówiąc o minispódniczce) prezentowały się olśniewająco. Wybierały się na „babską” imprezę do Marty, naszej koleżanki z klasy, za którą niespecjalnie przepadałyśmy.

- Miej litość, przecież te okularnice padną tam na sam twój widok! – ostrzegła mnie Mirka.

- Trudno, niech solenizantka martwi się usunięciem zwłok… Wiesz, że muszę podtrzymywać dobre układy z Martą, bo chcę wpisać Adriana na listę swoich zdobyczy. Jeżeli to jest wyrachowanie, to rzeczywiście – jestem wyrachowana! – odpowiedziałam, zdradzając swój chytry plan.

Adrian jest starszym bratem Marty, studiuje na pierwszym roku prawa. Pomijając fakt, że jest do szaleństwa przystojnym brunetem i całkiem ładnie prezentowałby się, okalając swym mocnym, męskim ramieniem moją szczupłą kibić, to ma jeszcze imię zaczynające się na „A”. A ja mam niegroźne hobby: od jakiegoś czasu kolekcjonuję osobniki płci męskiej o imionach, rozpoczynających się właśnie na tę literę…

- Jesteś niemożliwa i masz przewrócone w głowie! Poczekaj, niech tobie wreszcie ktoś złamie serce i to będzie sprawiedliwe! – strofowała mnie Mirka. Ale tak naprawdę nigdy nie była zazdrosna o moje powodzenie u chłopaków.

- Przede wszystkim to ja teraz jestem święta. Czy ty wiesz, jak się tam wynudzę??? Jak mops… na randce z ratlerkiem!

*

Tak jak przypuszczałam, towarzystwo na imprezie było babskie. Skąd one niby miały brać facetów? Ubierają się jak pokutnice w jakieś powłóczyste szaty. Do drogerii wchodzą po pumeks do pięt, a na szminkę patrzą jak na przedmiot czarciego pochodzenia. Nie wiem, dlaczego Marcie tak bardzo zależy na kontaktach ze mną. Jesteśmy tak różne, jakbyśmy pochodziły z innych planet. Na jej planecie na pewno nie ma facetów. Hm, może Marta prowadzi jakieś badania naukowe, a ja jestem po prostu ich obiektem? Czasem patrzy na mnie tak jakoś zachłannie, jak docent na swego ulubionego szczura laboratoryjnego…

Gdy pojawiłam się u Marty, towarzystwo było chyba już w komplecie. Pokój rodziców Marty zamieniony został na salę bankietową. Wyglądała dość drętwo. Tuzin nawiedzonych pannic z jakimiś książkami pod pachą (może to nie daj Boże – poezja???) i żadnej damsko-męskiej akcji! Zgroza. To będzie ciężki wieczór… Tym bardziej, że nie trafiłam na żaden ślad Adriana. Chociaż nie jestem pewna, bo drzwi jego pokoju były zamknięte na głucho.

Marta przedstawiła mnie kilku swoim koleżankom, siedzącym po turecku na dywanie w jakimś tajemnym kręgu, ale zaprowadziła do fotela przy bufecie. W tym momencie dostrzegłam wciśniętego w drugi fotel… faceta! No nie, men na babskiej imprze? No, ale słowo „facet” to chyba za dużo powiedziane. Okulary na nosie z miejsca go zdyskwalifikowały. Dżinsy i flanelowa koszula (bezguście!). Natychmiast bym o nim zapomniała, gdyby nie Marta, która zwróciła się do mnie:

- To mój kuzyn, Artur. Przyjechał dopiero niedawno, więc czuje się może trochę nieswojo. A to z kolei nasza ozdoba towarzystwa, Paulina! – przedstawiła mnie Arturowi. No, no, całkiem miła ta Marta!

Kiedy zostałam sama, zastanowiłam się: „Skąd on niby przyjechał? Zabrzmiało światowo, chociaż wątpię. Jest pewnie tylko z wizytą w wielkim mieście. Ma na imię Artur? Nie dam się przechytrzyć!. Właśnie zmieniłam zainteresowania. Stop. Od dzisiaj kolekcjonuję facetów na literę „B”. Stop.” – nadałam komunikat do mojego znudzonego serca i natychmiast zapominam o panu „A”, zajmując się przekąskami w bufecie. Jednak moje czułe na męski baryton ucho podchwyciło jakieś zamieszanie w korytarzu. Wyszłam z pokoju i natknęłam się na wchodzącego do mieszkania… Adriana!

- Cześć siostra, sorry, że przeszkadzam w imprezie, ale zapomniałem czegoś. Już mnie tu nie ma! – tłumaczył się Marcie. Spojrzał na mnie przelotnie i mruknął „no, no, no!”. Cokolwiek to miało znaczyć, na tym obiecujący monolog się urwał, bo Adrian wpadł do swojego pokoju, poszperał w czymś i wypadł z mieszkania jak burza, obdarzając mnie po drodze „perskim okiem”. Byłam wniebowzięta! Zauważył mnie… Tylko dlaczego uciekł tak szybko?

- Całe szczęście, że sobie poszedł! Tylko by przeszkadzał… – skwitowała zdarzenie Marta i wciągnęła mnie z powrotem do pokoju.

- Taki jest marudny? – próbowałam pociągnąć ją za język. Królestwo za jedno zdanie o Adrianie!

- Yhym.. – chyba mnie zbyła?

Wieczór toczył się strasznie leniwie. Kiedy o dziesiątej część dziewczyn zaczęła przebąkiwać, że czas na seans spirytystyczny, postanowiłam się ewakuować.

- Słuchajcie dziewczyny, jak dla mnie, jest późno. Ja spadam, cześć wam! – oświadczyłam z werwą i skierowałam się do wyjścia.

- Poczekaj, odprowadzę cię! – usłyszałam czyjś głos. No nie, okularnik! Zerwał się z fotela, dżentelmen jeden! Co tu z takim robić? Zawsze chętnie przebywam w męskim towarzystwie, ale ten men mnie absolutnie nie zainteresował?!

- Będzie mi miło, ale tu jest jeszcze kilka koleżanek do odprowadzenia… – próbowałam go zatrzymać.

- Ale ty wychodzisz pierwsza…

- No fakt. Marto, było miło. Dzięki za zaproszenie! – pożegnałam się zdawkowo, chociaż skręcało mnie z nudów. Jeszcze ten Artur, licho go nadało!

Ustaliliśmy azymut i ruszyliśmy spacerowym tempem. Przez dłuższą chwilę (jakieś dwa tysiące kilometrów) szliśmy w całkowitym milczeniu. Czerwcowa noc była ciepła i odurzała niesamowitymi zapachami. „Jaka szkoda, że to nie jest romantyczny spacer z Adrianem…” – rozmarzyłam się nagle na smutno. Księżyc świecił figlarnie i zrobiło mi się strasznie samotnie. Mijaliśmy właśnie Most Grunwaldzki, gdy Artur lekko mnie przytrzymał:

- Popatrz teraz na rzekę. Blask Księżyca tworzy na powierzchni refleksy, jakby woda to był srebrny jedwab. Księżyc na każdej rzece wyczynia takie czary, uwielbiam to… – wyznał nagle Artur, a mnie zamurowało. To było strasznie romantyczne! – Jak chcesz, to przejdziemy się kawałek wzdłuż rzeki. Tam rosną kępy jaśminu. Nie pachną wprawdzie tak słodko jak kwitnące drzewka pomarańczowe, ale chyba nie warto tracić takiej okazji – zaproponował.

- Skąd wiesz, jak pachną drzewka pomarańczowe? – spytałam, gdyż odzyskałam wreszcie mowę.

- Kiedyś ci to zdradzę. Chodź! – weszliśmy w gęste, nadrzeczne zarośla. Poczułam się trochę nieswojo. Noc, krzaki, nieznajomy facet. Eeee, przecież nie uznałam go nawet za faceta, chociaż ta kwestia na moście zbiła mnie trochę z pantałyku. Zaczął śpiewać jakiś ptak. „Brakuje tu tylko księcia na białym koniu!” – pomyślałam. I jak na zamówienie, z krzewów wyłoniło się… aż trzech typków. „Pięknie, ja to mam dzisiaj fart! Adriana nie było, wynudziłam się jak sardynka na safari, przyplątał się do mnie okularnik (może nie jest, na szczęście, jadowity). A teraz jeszcze ci!” – naprawdę jednak poczułam się nieswojo i chyba zaczęłam się bać. Typki były najwyraźniej po spożyciu. I bardzo się mną zainteresowały…

- Te, koleś, fajną masz laskę. A my tu sami nocą… Nudzimy się! Może ona się do nas przyłączy? – zagaił jeden podchodząc blisko. Zdrętwiałam. Ratunku, pomocy, przecież ten okularnik zaraz zwieje! Łatwo było wymyśleć, gorzej wykonać. Gardło miałam zaciśnięte ze strachu – chyba wyrwał mi się tylko jakiś mysi pisk.

- Panowie, zostawcie nas w spokoju – powiedział Artur głosem opanowanym i twardym jak beton, zdejmując jednocześnie okulary i chowając je do kieszeni koszuli.- Nie mamy ochoty dotrzymywać wam towarzystwa!

Co on robi, przecież się wściekną! Pomyślałam, że chyba czas zdjąć buty. Sprint jest dobrym sposobem ucieczki, o ile nie ma się stóp odzianych w dziesięciocentymetrowe kloce…

- Ale my mamy ochotę na towarzystwo tej laski! Ty możesz sobie pójść koleś, nie szukamy czwartego do brydża, hehe! Jeden z nich podszedł do Artura i chciał go chyba pchnąć, ale nie wiem, jakim cudem znalazł się na ziemi w pozycji sadzonego jajka, czyli na wznak. Drugi chwycił mnie za rękę i zaczął gdzieś ciągnąć. Nie wahając się, kopnęłam go z zaskoczenia w czułe miejsce i poprawiłam jeszcze trzymanymi w drugiej ręce butami, waląc nimi na oślep. W tym czasie Artur rozprawił się z trzecim. Miałam nierealne (choć przyjemne, zważywszy sytuację) wrażenie, że oglądam jakiś odcinek „Supermana”… Oddaliliśmy się stamtąd szybko, nie sprawdzając, czy jeszcze dyszą. Gramolili się, więc chyba żyli.

- Niezła jesteś! – podsumował moje działania obronne Artur, otrzepując ręce i poprawiając wyjętą ze spodni koszulę.

- Ja? A kto zmiótł tych dwóch pozostałych? Coś mi to wygląda na jakąś wschodnią technikę walki.

- Rozpoznałaś? To… tai chi!

- Gdzie się tego nauczyłeś?

- Mieszkałem kilka lat w Chinach, bo mój tato był tam konsulem. Chodziłem do polskiej szkoły. Mieliśmy Tai chi zamiast gimnastyki…

- To dlatego wiesz, jak pachną drzewka pomarańczowe? – stwierdziłam raczej, niż spytałam.

- Dokładnie! Byłem też w Indiach i Japonii…

- Niezły obieżyświat z ciebie. Kto by pomyślał? Zachowywałeś się spokojnie na imprezie…

- Ludzie Wschodu są bardzo opanowani, a ja miałem z nimi do czynienia przez kilka lat.

Właśnie wyszliśmy ponownie na most. Spojrzałam na Artura w nowym świetle. Także dosłownie, bo w krzakach nie było za jasno, a tu omiatała wszystko poświata ulicznych latarni. Nadal był bez okularów. Spojrzałam na niego ukradkiem, z boku. Jego profil nagle wysubtelniał. Szczupła szyja, ładna linia karku, zgrabne ucho. Czy to dlatego wydał mi się w tej chwili taki jakiś męski? Wyczuł chyba mój wzrok bo popatrzył mi w oczy przeciągle, aż przeszły mnie słodkie ciarki. „Odwołuję postanowienie sprzed czterech godzin. Stop. Nadal zajmuje się panem „A”. Stop” - nadałam komunikat do mojego, trzepoczącego nagle, serca…

Tekst: Beata Łukasiewicz

 

SŁODKA TAJEMNICA ZAMKU CZOCHA

Zaproszenie na wesele, przysłane przez daleką rodzinę wcale mnie nie ucieszyło – po prostu nie lubię wesel, nawet jeśli mają miejsce na tajemniczo pięknym zamku…

- Jak ja nie cierpię wesel! – jęknęłam w duchu, chowając zaproszenie z powrotem do koperty. Bardzo daleka rodzinka nagle sobie o mnie przypomniała. Podniosłam słuchawkę telefonu: mama na pewno będzie wiedziała, kto to taki.

- Mamuś, czy dostaliście zaproszenie na ślub Mariusza Reszczyńskiego? Przyszło dzisiaj do mnie pocztą. Kto to jest?

- Tak, dostaliśmy. To jest pasierb ciotecznego brata twojego dziadka… – mama zaczęła zagłębiać się w szczegóły drzew czy też konarów genealogicznych, a ja wyłączyłam się po sekundzie. – Nie mieliśmy z nimi kontaktów od lat, ale to bardzo miło, że postanowili nas ugościć. My nie możemy jechać. Ojciec ma jakiś ważny zjazd w ten weekend, ja muszę zająć się babcią w szpitalu. Wypada więc na ciebie. Będziesz delegatem naszej rodziny.

- Wiesz przecież, że unikam wesel. Nie cierpię takich imprez! Tylko się na nich je, tańczy przy straszliwie rzępolącej, amatorskiej orkiestrze i odpowiada na głupie pytania wszystkich ciotek, w stylu: „kiedy wyjdziesz za mąż, kochanie?”. Nudy i już! Usnę tam z głową w sałatce albo się szybko upiję!

- Ależ ty marudzisz, jak prawdziwa stara panna! – skwitowała mama i trafiła w mój czuły punkt. Musi mi wciąż wypominać, że jestem singlem, podczas gdy wszystkie córki jej koleżanek powychodziły za mąż. Co za idiotyzm, przecież mam dopiero 27 lat! Poza tym czekam na kogoś odpowiedniego, zwariowanego. Najlepiej, żeby to był prywatny detektyw…

- Nie marudzę, tylko się zastanawiam. Nie znam tam nikogo i nie zależy mi na tym, by poznać rodzinę tak daleką, która się do tej pory nie starała, by nawiązać z nami kontakty!

- No to daj im szansę! Jak inaczej odrobić zaległości? – mamy nie można w żaden sposób przegadać. – Poza tym miejsce wesela wydaje się szalenie interesujące: jakiś zamek Czocha. Byłaś tam?

- W życiu!

- A widzisz. Jeśli nawet wesele będzie nudne, przynajmniej zwiedzisz sobie ciekawe miejsce – ucięła dyskusję moja rodzicielka, odkładając słuchawkę.

Może i ma rację. Przecież nie miałam żadnych planów na wyznaczony w zaproszeniu termin. Ślub miał się odbyć o 17.00, a wesele na zamku. Dopisek drobnym drukiem informował, że na moje nazwisko została dokonana rezerwacja noclegu na zamku. Koszty ponoszą młodzi. Skoro tak im zależy na mojej obecności, chyba nie wypada ich zignorować – pomyślałam.

W Jeleniej Górze uciekł mi autobus do Leśnej. Następny miał być za godzinę, wiec marne szanse, bym zdążyła na ślub w kościele. Pojadę od razu na wesele, do zamku. Miałam więc sporo czasu, włóczyłam się po mieście. Moją uwagę przyciągnęła wystawa antykwariatu, a na niej książka: „Tajemnice zamku Czocha”. Weszłam do środka i zaczęłam kartkować książkę.

- Interesuje panią poszukiwanie skarbów? – zagadnął mnie księgarz.

- Skarbów? Czy ja wiem? Jadę tam po prostu i chciałam się czegoś o zamku dowiedzieć. Będę się bawić na weselu, a nie szukać skarbów! – odburknęłam.

- Wszyscy tak mówią, a wszyscy tam jeżdżą, by znaleźć skarb! – odburknął sprzedawca. Co za upierdliwy facet!

- No dobrze, a co to niby za skarb? – zagadnęłam pojednawczo.

- Niech pani sobie poczyta!

Przestałam się do niego odzywać, wariat jakiś! Przerzuciłam szybko kilka stron: „W czasie wojny rezydował tu Werner von Braun, późniejszy twórca rakiet kosmicznych, które wynosiły na Księżyc statki Apollo. Podobno skarby ostatniego właściciela zostały tylko częściowo wywiezione, jedna trzecia jest nadal ukryta na zamku. W kominku odnaleziono kilkadziesiąt mikroskopijnych, szklanych pałeczek (długości 6 mm), na których znajdują się widoczki i czarno-białe zdjęcia!” Uśmiechnęłam się pod nosem: Von Daeniken zaraz zacząłby snuć domysły, do czego mogły służyć i co to za „kosmiczna” technika, rodem z innej planety! „Być może były one jakimś szpiegowskim szyfrem, przekazem informacji. Ale dla kogo i po co – nie wiadomo”. Ten zamek zaczynał być coraz ciekawszy! Kupiłam książkę, nie wdając się w dyskusję z księgarzem, który miał pogardliwie triumfującą minę. Mama miała rację: nawet jeśli wynudzę się na weselu, zobaczę coś ciekawego…

Wysiadłam w Leśnej, ale do zamku nie było już żadnego dojazdu. Musiałam poczekać na okazję. Zbliżała się 18.30, goście weselni i para młoda pewnie już są na miejscu. Weszłam do wiejskiego sklepiku, by dowiedzieć się o możliwość złapania samochodu do zamku.

- Ma pani szczęście, mąż zaraz tam jedzie, bo weselnicy zamówili u niego jeszcze dziś dostawę napojów. Może im brakło, albo co. Na pewno panią zabierze! – pocieszyła mnie.

Wąska dróżka wiła się, co chwila ukazując i ukrywając wyraźne zarysy zameczku: wieżyczki, mury obronne. Wśród konarów drzew połyskiwała tafla wody.

- Czy tam jest jakieś jeziorko? – zapytałam uprzejmego sklepikarza.

- Tak, oczywiście! Zamek leży nad samym jeziorem, jest pięknie położony, naprawdę. Sama pani zobaczy.

I rzeczywiście. Ukazała się brama i mury, połączone ślicznymi wieżyczkami. To była brama do samego zamku. Przy niej stał ochroniarz i poprosił mnie o zaproszenie. Dobrze, że je ze sobą wzięłam.

- Czy państwo młodzi już przybyli? – zapytałam.

- Jakieś piętnaście minut temu, razem z gośćmi.

Na podjeździe stały same luksusowe limuzyny, ale chyba wszyscy goście już weszli, bo nie było widać weselników. Podszedł do mnie odziany w liberię lokaj:

- Czy mogę pani w czymś pomóc?

- Tak, jestem gościem weselnym. Podejdę najpierw do recepcji i dowiem się, gdzie zostawić bagaż.

- Jak brzmi pani nazwisko?

- Sawicka, Marta Sawicka.

- Proszę za mną – wziął moją torbę podróżną i poszedł przodem. Przy recepcji powiedział: Pani Sawicka.

- Jedynka, na pierwszym piętrze, pokój 103 – powiedziała recepcjonistka i położyła klucz na ladzie. Gdy weszłam do pokoju, jęknęłam z zachwytu. Mały, przytulny, w żółtozłocistych barwach, wyposażony w starodawne meble i łóżko z baldachimem. Był też kominek i koronkowe firanki. Z kandelabru spływały na dywan kryształowe błyski.

- Jeśli będzie pani czegoś potrzebowała, proszę dzwonić – lokaj pokazał mi dzwoneczek ukryty przy oknie. Poczułam się jak w filmie. Szkoda tylko, że to nie był film sensacyjny. Bardziej pasowało mi to na ckliwe romansidło…

Zostałam sama. Przydałoby się troszkę ogarnąć, ale jestem spóźniona. Włożyłam wieczorową sukienkę w kolorze śliwki, z długim pęknięciem na plecach. Włosy upięłam w kok. Usiadłam na łóżku, by włożyć pończochy, gdy doszły do moich uszu dziwne dźwięki z kominka. To był płacz dziecka, kwilenie niemowlęcia! Podeszłam bliżej kominka i płacz natychmiast umilkł. Gdy usiadłam, ponownie go było słychać. Ki czort? Znów podeszłam do kominka i znów płacz ustał. Spróbowałam jeszcze kilka razy i sytuacja powtarzała się. Nie mam pojęcia, gdzie było to dziecko. Kominek na wszelki wypadek dokładnie obejrzałam, ale nie znalazłam w nim nic ciekawego. No tak, szklane pałeczki ze zdjęciami już z niego wyciągnięto – pomyślałam z sarkazmem, przypominając sobie fragment z książki. Zeszłam do recepcji.

- Czy na zamku jest jakieś niemowlę? – zapytałam.

- Nie, na pewno nie! Pozwoli pani, że zaprowadzę panią do stołu? – zaproponował lokaj w liberii.

Przy długim stole ustawionym w literę U siedziała chyba ponad setka gości. Moje miejsce, opisane karteczką z nazwiskiem szybko zostało odnalezione i usiadłam, by nie robić więcej zamieszania. Państwo młodzi spojrzeli na mnie z ciekawością, a ja im się ukłoniłam i uśmiechnęłam przepraszająco. Za chwilę do nich podejdę z prezentem i życzeniami! Goście jedli wykwintną zupę. To wesele było zdecydowanie inne niż wszystkie, na których byłam. Zaczęłam dyskretnie przyglądać się parze młodych. Ona była szczupłą brunetką o bardzo subtelnej urodzie i miłym uśmiechu. On dobrze zbudowanym szatynem. Niezła z nich para, oboje tacy jacyś arystokratyczni i wytworni. Obok pana młodego siedziała elegancka pani w średnim wieku. Za to obok panny młodej siedział przystojny brunet o rysach twarzy nieco podobnych do panny młodej. Czyżby brat? Nasze spojrzenia spotkały się na moment. Jego oczy zatrzymały się na mojej twarzy na dłużej. Po chwili uśmiechnął się do mnie. Tak jakoś sympatycznie, aż miłe ciepełko rozlało mi się po sercu. Czas mijał. Sąsiedzi obok bawili mnie rozmową. Muszę przyznać, że wieczór stawał się coraz przyjemniejszy. Gdy zaczęła wreszcie grać muzyka, i to nie wiejska ani amatorska, wszyscy żwawo ruszyli do tańca. Postanowiłam podejść do młodych.

- Ty jesteś kuzynka Marta! – wykrzyknął radośnie Mariusz Reszczyński, gdy dokonała się wzajemna prezentacja. Tak się cieszę, że przyjechałaś! Poznaj moją… już żonę – powiedział z ogromną czułością patrząc na uśmiechniętą brunetkę. To jest Joanna… Reszczyńska. – Coś ukłuło mnie w serce. Pewnie zazdrość. Jak on na nią patrzył!

- A mnie nie przedstawisz tej pięknej pani? – zapytał ktoś za moimi plecami. Przez moment czułam jego wzrok na odsłoniętym fragmencie skóry na plecach. Odwróciłam się, by ujrzeć bruneta, który zwrócił już wcześniej moją uwagę.

- Tak, to nasz drużba, Aleksander, brat Joanny zresztą – powiedział pan młody.

- Tak mi się wydawało, że dostrzegam rodzinne podobieństwo! – powiedziałam, podając mu rękę. Aleksander ujął moją dłoń. Poczułam, jak miłe w dotyku ma ręce.

- Czy mogę porwać cię do tańca? – Aleksander nie należał najwyraźniej do cierpliwych.

- Poczekaj, jeszcze się nie nagadałam z młodymi! – zaoponowałam nieśmiało. – Nie dość, że się spóźniłam…

- Oj tam, oj tam! – przerwał mi Aleksander. – Nie bądź samolubna, oni muszą obskoczyć dzisiaj wszystkich gości. Jutro sobie jeszcze pogadacie.

Chwycił mnie za rękę i pociągnął w stronę parkietu. Zachowywał się tak, jakbyśmy się znali od wieków. Kiedy przycisnął mnie do siebie poczułam odurzającą woń jego wody kolońskiej. Moje serce zaczynało dziwnie drżeć! Był wspaniałym rozmówcą i tancerzem. Nie dawał mi chwili wytchnienia, a próby odbicia mnie przez innych tancerzy gasił w zarodku:

- To moja narzeczona! – i panowie zmywali się jak niepyszni.

- Wspaniale wyglądasz w tej sukni – powiedział w jakimś momencie. – Wszyscy faceci tu na ciebie lecą! – poskarżył się. – I ten dekolt na plecach. Mmmm, mam straszną ochotę włożyć tam dłonie i sprawdzić delikatny puszek na skórze w dolince kręgosłupa – mruknął mi do ucha. Zaczynał się z tego wieczoru robić jakiś dreszczowiec, bo dreszcze co chwila przebiegały po całym moim ciele. Pilnuj się, Marta, pilnuj, bo ten men jest niebezpieczny – przestrzegałam samą siebie. Dla zmiany dekoltowego tematu zaczęłam wypytywać go o zamek. Opowiedziałam o płaczu dziecka dochodzącym z kominka i wzbudziłam zainteresowanie Aleksandra:

- Słyszałem miejscową legendę, ponoć gdy pewnego razu pan zamku wrócił po kilkuletniej nieobecności do domu, zastał żonę w ciąży. Gdy urodziło się maleństwo, żonę wrzucił do głębokiej studni, która znajduje się na dziedzińcu, a niemowlę zamurował w kominku. Ono teraz często płacze, ona jęczy z rozpaczy gdzieś na zamku.

- Ojej, nie opowiadaj mi takich historii, proszę cię! Jestem za wrażliwa.

- To jak dzisiaj będziesz spała z kwilącym niemowlęciem w kominku? – zapytał podstępnie, a ja doskonale wiedziałam, do czego zmierza. – Tak w ogóle w ja w to kwilenie nie wierzę, ale możemy iść sprawdzić, czy się nie przesłyszałaś!

- Zgoda, ale jeśli tam naprawdę coś lub ktoś płacze, to zobaczysz!

Gdy weszliśmy do mojego pokoju chyba go zatkało z wrażenia:

- Łóżko z baldachimem?

- Ty nie masz? – zdumiałam się.

- Skąd! To chyba jakaś specjalna komnata. Ja śpię w takiej, do której jest tajemne przejście z biblioteki!

- No to też nieźle!

- Ale baldachim? Młodzi cię uhonorowali. Jesteś chyba bardzo ważną osobistością. No, przynajmniej dla mnie – zmienił nagle ton, a ja się zmieszałam. Podszedł bardzo blisko, na odległość oddechu i patrzył mi w oczy w milczeniu. Byliśmy sami w romantycznym pokoju, w pełnym duchów i tajemnic zamku.

- Musimy chwilę poczekać – powiedziałam, by ogarnąć sytuację. Która jest w ogóle godzina?

- Zbliża się północ.

- Żartujesz, to chyba jakiś film: zamek, duchy, tajemnica, północ? Księżyc jest? – zapytałam.

Podszedł do okna i odsłonił delikatną mgiełkę firanki.

- Melduję posłusznie, że jest! I to nawet sporych rozmiarów!

- Co za kicz! – jęknęłam kapryśnie.

- No, ale gdzie jest twoje niemowlę?

- Dziwne. Nic nie słychać! – tak naprawdę niepokoiło mnie to, że sytuacja rozwijała się w romansowym kierunku. Nieznany facet (co z tego, że gadaliśmy od kilku godzin i bawili się ze sobą świetnie?), a ja tu z nim sam na sam . Nagle ktoś zapukał.

- Zapraszałaś gości? – zapytał Aleksander.

- Nie, może to ten lokaj. – Aleksander podszedł do drzwi i je szeroko otworzył. Nie było nikogo.

- Chyba ktoś pomylił numer pokoju – w tym momencie z kominka doszedł płacz. Zamarliśmy, nasłuchując.

- A może ktoś tu przyjechał z takim małym dzieckiem. Przez komin głos może się nieść nawet z drugiego końca zamku – w głosie Aleksandra nie było już pewności siebie.

- Nie ma dziecka na zamku, pytałam już lokaja.

- Zadzwonię do recepcji – Aleksander podnosił słuchawkę telefonu i wykręcał numer. Po minie widziałam jednak, że odpowiedź go zaskoczyła:

- Powiedziała mi, że nikt nie przyjechał z dzieckiem i że to, co słyszymy to zamkowy duch. Przyjęła to ze stoickim spokojem! Chyba nawet ma poczucie humoru, bo zaznaczyła, że hotel nie przyjmuje żadnych reklamacji za zakłócanie spokoju. A może to zwykły kot? Koty czasem płaczą całkiem jak małe dzieci. Panienka na recepcji dba tylko o marketing hotelu, twierdząc, że to duch. Bzdury! – płacz się nasilał, jakby ktoś słyszał, co mówi Aleksander i chciał temu zaprzeczyć.

- Chodźmy stąd, wesele przecież jeszcze trwa, nie chcę tu siedzieć! – postanowiłam.

- A co zrobisz, kiedy będziesz już chciała pójść spać?

- Mam nadzieję, że będę tak zmęczona, iż płacz nie będzie mi wcale przeszkadzał. Wspominałeś coś o tajnym przejściu z biblioteki, możesz mi je pokazać? – uznałam za konieczne wyprowadzenie Aleksandra z mojego pokoju. Atmosfera zrobiła się zbyt napięta…

Biblioteka była ogromnym pomieszczeniem. Stał tam również kominek, więc od razu się pocieszyłam, że to niekoniecznie w moim zamurowano niemowlę. Na pewno w zamku jest więcej kominków.

- Gdzie to przejście? – zapytałam.

- Właśnie szukam. Mój pokój musi znajdować się za tą ścianą, wiec prawdopodobnie tylko ta wchodzi w rachubę. – rozglądał się z zastanowieniem. Na wskazanej przez niego przestrzeni nie było niczego, co mogłoby być tajnym przejściem! Gładka, bez ozdób, zero ruszających się kamieni czy gzymsów. Meble w stylu miniaturowych serwantek i stoliczków nie mogły służyć za przejście. Chyba że krasnoludkom! Kilka razy do biblioteki wpadali rozbawieni goście weselni, ale nikt nie zwracał na nas uwagi.

- Może lepiej chodźmy do mnie do pokoju, pokażę ci wejście z tamtej strony – propozycja była rzucona bardzo lekko, tak żebym nie miała żadnych podejrzeń.

- No dobrze, ale musimy zdążyć na oczepiny i rzucanie ślubnej wiązanki. Nie wypada zostawić młodych, to ich dzień! Zapomniałeś, że jesteś drużbą?

- Mamy jeszcze chwilkę, oczepiny zaplanowane są na pierwszą w nocy. Nie chcieli o godzinie duchów… – powiedział Aleksander. – Faktem jednak jest, że całkiem zapominam o swoich obowiązkach. To przez ciebie… – w jego głosie nie było jednak wyrzutu.

W jego pokoju było równie przytulnie jak w moim. Brakowało łóżka z baldachimem, ale było za to podwójne, małżeńskie, przykryte narzutą w piękne, herbaciane róże.

- Gdzie więc jest, twoim zdaniem, to tajemne przejście?

- Chyba tutaj – Aleksander otworzył przepastną szafę. Nie miała tylnej ściany lecz wyraźnie widoczny zarys drzwi.

- A jak się je otwiera?

- Nie mam pojęcia. Próbowałem, ale mechanizm musi być dobrze ukryty lub zniszczony.

Weszłam do szafy, by się przyjrzeć ścianie. Poczułam nagle gorące dłonie, głaszczące moją skórę na plecach, tam gdzie był dekolt. Odwróciłam się gwałtownie i znalazłam się tuż przy nim. Zamknął mnie ciasno ramionami, a jego niecierpliwe dłonie wdarły się pod sukienkę na plecach. Nie miałam biustonosza, więc swobodnie przebiegały skórę, wygrywając jakąś miłosną melodię. Jego usta odszukały moje wargi i nagle zawirował cały nasz świat: szafa, my w szafie, komnata, cały zamek. Całował mnie zachłannie, z zamkniętymi oczami, a długie czarne rzęsy kładły mu się na policzkach.

- Jeszcze chwila, a runiemy na dno tej szafy – pomyślałam w jakimś przebłysku rozsądku. Płacz niemowlęcia wyrwał nas z amoku.

- Tutaj też? – wykrzyknęłam przerażona. – Gdzie ja dzisiaj będę spała?

- Na pewno nie w tej szafie! – powiedział ciepło Aleksander całując mnie w nos. – Mamy przecież wygodne, szerokie łóżko… – wymruczał, tuląc się do mnie.

- Przypominam ci, że noc poślubna czeka tu inną parę. I chyba musimy do nich pójść, jest za kwadrans pierwsza! – otrząsnęłam go z marzeń, chociaż powrót do rzeczywistości był bolesny.

- Obiecaj mi, że nasza noc poślubna też będzie na zamku. – poprosił Aleksander.

Dziwne, przecież nie złapałam jeszcze bukietu panny młodej?

tekst: Beata Łukasiewicz©

 

Print Friendly
Brak komentarzy.

Brak trackbacków.