0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Wydarzeniem astronomicznym, którym ekscytowałam się ostatnio były spadające gwiazdy – Perseidy. W nocy z 12 na 13 sierpnia wszyscy mieliśmy okazję obejrzenia wyjątkowego spektaklu – kumulacji przeszywającego niebo roju meteorytów. Co ciekawe, tę samą noc wybrał kilkaset lat temu Napoleon, spędzając ją w bebechach wielkiej piramidy w Gizie – czytam właśnie o tym książkę i ta zbieżność dat mnie zaintrygowała…

Zacznę od astronomii. Perseidy nazywane kolokwialnie „spadającymi gwiazdami” są tak naprawdę pozostałościami po komecie Swift-Tuttle’a, przelatującymi koło Słońca raz na 133 lata.  Ziemia co 12 lat wpada w samo centrum tego obłoku, więc apogeum udanych obserwacji było ponoć w 2016 r. (przegapiłam!). Jednak i tegoroczny sierpień miał dostarczyć niezłych emocji. Tego mi było trzeba! Postanowiłam wyjechać nocą z Wrocławia, by zwiększyć szanse w polowaniu na meteory na niebie. Miały „wystartować” dopiero około 22-giej, by ok. drugiej w nocy osiągnąć maksimum – nawet do 90 spadających gwiazd na godzinę. Astronomowie zapowiadali, że na początku będą widoczne tylko 30 stopni nad horyzontem, więc uznałam, że miasto odpada jako obserwatorium.

Dokąd by się tu jednak udać? Pierwsza myśl – na Ślężę, oczywiście! Jednak przez całą sobotę chmury przewalały się po niebie, więc ryzyko niemożliwości obserwacji było duże. Wdrapiemy się po ciemku, jeszcze nas deszcz złapie, a spektaklu i tak nie będzie… No to dokąd? Przypomniałam sobie o koledze, który ma domek letniskowy nad Zalewem Mietkowskim, super miejscówka na astro-obserwacje! Nawet jeśli nie pogapimy się w niebo, bo chmury nam nie pozwolą, to będzie okazja do towarzyskiego spotkania z dawno niewidzianymi, a miłymi ludźmi. 

Dzwonię więc do Marka. Akurat jest w tym swoim letniskowym domku, ale ma zamiar wracać przed nocą do Wrocławia. Gdy jednak usłyszał propozycję odwiedzin i oglądania spadających gwiazd natychmiast zmienił plany. Będzie na nas czekać. Jedziemy więc do niego wieczorem. Wyruszyliśmy około 20-tej z Wrocławia i po drodze – niespodzianka. Chmury uciekły gdzieś na boki i widoczność była dobra, coraz lepsza, a wreszcie – rewelacyjna! Wyglądało na to, że będziemy mieć czyste niebo na obserwacje!!!

W Borzygniewie (nomen omen) pojawiliśmy się około 21-szej, wyposażeni w aparaty fotograficzne, statywy i latarki oraz stosowne zakąski. Niebo było jeszcze dość jasne, czekając więc na gwiezdny spektakl raczyliśmy się winem musującym. Jakoś tak mi się z sylwestrem cała sytuacja skojarzyła – „szampan”, życzenia, północ, ekscytacja… Po pierwszej butelce uznaliśmy, że niebo jest już wystarczająco czarne, rozsiedliśmy się więc w rządku na fotelach ogrodowych (była nas szczęśliwa siódemka) i zadarłszy głowy zaczęliśmy obserwować niebo… Przez kilkanaście minut nic się nie działo. To znaczy, niezupełnie – widzieliśmy samoloty, satelity – ależ ruch panuje nad naszymi głowami!

Wreszcie ktoś dostrzegł pierwszą spadającą gwiazdę. Przez nanosekundy rysowała cienką kreskę na niebie. Zanim zdążyło się wykrzyknąć: „jest, o taaaam!”, by innym pokazać – już jej nie było. Ale każdy z nas w końcu kilka zobaczył! Niezwykłe wrażenie. Żadnej spadającej gwiazdeczki nie udało się jednak sfotografować, cóż… 

W drodze powrotnej, kole północy, gdy pojawił się na niebie już całkiem jasny plaster Księżyca zatrzymaliśmy się jeszcze na niewielkim wzniesieniu, by raz jeszcze popatrzeć na gwiazdy. Takie meteorytowe nienasycenie w nas było. I takie tajemnicze zdjęcie mi wyszło…

Napoleon i sierpniowa noc…

Dokładnie tę samą noc, tyle że w 1799 roku Napoleon Bonaparte spędził samotnie w trzewiach najbardziej imponującej i enigmatycznej budowli świata: w piramidzie Cheopsa w Gizie. Nigdy nie wyjawił, co tam robił, ale Perseid na pewno nie oglądał!

Nie wiedziałam nawet, że Napoleon interesował się bardzo przeszłością Egiptu i tak naprawdę ta kampania dała podwaliny egiptologii jako nauki. Wraz z armią Bonaparte ściągnął bowiem do Egiptu około stu naukowców. Mieli zbierać informacje i dokonywać odkryć archeo – z tego okresu pochodzi przecież słynne znalezisko – kamień z Rosetty, który umożliwił Champollionowi odczytanie hieroglifów…

Co jeszcze ciekawsze, Bonaparte urodził się 15 sierpnia, w znaku Lwa i noc w piramidzie spędził 3 dni przed swoimi trzydziestymi urodzinami. Potem jego los się bardzo odmienił…

 

Pałac masoński w Dobrzycy

Napoleon i te zbieżne daty mnie prześladują nie tylko książkowo, bowiem w ramach atrakcji długiego weekendu, następnego dnia po Perseidach, w niedzielę, postanowiłam zorganizować małą wycieczkę do Dobrzycy – tajemniczego pałacu w Wielkopolsce. Słynie on ze swoich związków z masonerią. I znów pewna data się pokrywa – pałac ukończono w 1799 roku, w tym samym, w którym Napoleon przeszedł swoją przemianę.

Właścicielem pałacu był Augustyn Gorzeński, mason z siódmym stopniem wtajemniczenia, ale też poseł na Sejm Czteroletni i współtwórca Konstytucji 3 Maja.

Pałac jest kompaktowy, bryła zewnętrzna dość harmonijna, chociaż niesymetryczna, osadzona na planie węgielnicy, jak zwykło się sądzić, chociaż nie do końca jest to prawdą. Legenda mówi też, że pałacowy park też został zaplanowany według symboliki masońskiej, a w podziemiach Panteonu miały odbywać się rytuały wolnomularskie. Tak czy owak, w pałacu w tej chwili mieści się Muzeum… Ziemiaństwa!

Wnętrza  są wspaniale odnowione, malowidła na ścianach – iluzjonistyczne – przypominają te z warszawskich Łazienek. Zachowała się oczywiście dość duża ilość tzw. masoników. Jest też sporo eksponatów patriotycznych – związanych z twórcą hymnu Józefem Wybickim (skoligaconym z gospodarzem pałacu), oraz z czasów napoleońskich (z portretem Bonapartego włącznie). No takie merytorycznie trochę pomieszanie z poplątaniem, ale wnętrza – cuuuuuudo!

Z ciekawością obejrzałam masonika, przypominając sobie, że kiedy dawno temu pracowałam w Muzeum Sztuki Medalierskiej we Wrocławiu (nieistniejącym obecnie), w zbiorach odkryłam oznaki wolnomularskie i zajęłam się ich naukowym opracowaniem. Tematyka ta bardzo mnie niegdyś zajmowała i chyba tak do końca nigdy nie przestała ciekawić. W efekcie tej samej nocy miałam zabawny sen: starałam się o pożyczkę w… Wielkopolskim Banku Rytu Szkockiego. :-)

Potem przeszliśmy się przez rozległy park z samymi pomnikami przyrody (jest tu m.in. platan o obwodzie ponad 11 metrów!!!), podziwiając też ogrodowe budowle XVIII-wieczne jak Panteon czy Monopter, romantyczna grotę nad stawem, mostki i kaczki. Wrażeń moc.

Tego dnia, szukając restauracji by zjeść obiad, dojechaliśmy do Pałacyku Myśliwskiego Antoniego Radziwiłła w Antoninie. Ale to opowieść na kolejny wpis…

 

Print Friendly