Mam nawracające problemy z kolanem, więc zamówiłam kolejną wizytę w prywatnej przychodni, w której jestem ubezpieczona, a której nazwy litościwie nie będę wymieniać. Po dwóch tygodniach oczekiwania na konsultację lekarską moje kolano zdążyło już wrócić do jako takiego stanu (wcześniej spuchło jak balon sprawiając, że przemieszczałam się „na sztywno” krokiem młodego Frankensteina…), ale co tam. Poszłam się skonsultować, tym bardziej, że roli w horrorze mi nie zaproponowano ignorując całkowicie moją dyspozycyjność.

Już w gabinecie okazało się, że jest to ortopeda numer dwa (z bogatej kolekcji czterech, których zdążyłam w tej przychodni odwiedzić) i to w dodatku ten, którego obiecałam sobie solennie omijać szerokim łukiem. Dlaczego? Bo młody, nadpobudliwy ruchowo i bełkoce. No, ale nie było czasu na fochy, przedstawiłam się i usiadłam na krześle.

- Pani się nazywa? – pada pytanie chmurnej postaci w białym fartuchu.

Odpowiadam, chociaż wchodząc wymieniłam swoje imię i nazwisko.

- Co panią do  mnie sprowadza? 

Opowiadam o dolegliwościach kolankowych. Doktor w tym czasie zerwał się i szykuje dla mnie leżankę, zamotując się w wielką rolę papierowego prześcieradła, które usiłował dla mnie rozwinąć. Pomagam mu się odplątać, bo wygląda jak główny bohater filmu „Mumia” (swoją drogą, jak on to zrobił?) i kładę się na plecach. 

- Które kolano? – pyta fachowiec. Ważne pytanie, bo są aż dwa.

- Lewe.

Zabiera się do obdukcji. Uciska, naciska, wykręca kolano, sprawdza, czy boli. Po tych manewrach każe mi przewrócić się na brzuch.

- Które kolano? – pyta. Chyba pamięć podręczna mu nawala, a może gramy w pokera i mnie sprawdza?

- Lewe! 

Znów wygina, zagina moją nogę, naciąga, prostuje i składa.

- Niech pani siada! – schodzę z leżanki, siadam na krześle.

- Robiliśmy zdjęcie? – interesuje się doktor. Domyślam się, że nie chodzi mu o selfie.

- Tak, rezonans, mam  wynik  - podaję mu kartkę, a on rzuca na nią okiem i mi ją oddaje. Chowam ją do teczki. Doktor zaczyna pisać notatkę w komputerze i wali w klawiaturę komputera, jakby uczestniczył w zawodach pisania na czas i jednocześnie chciał się dostać piętro niżej nie używając schodów.

- Niech pani pokaże mi wynik rezonansu! – żąda. Jak to, przecież przed chwilą go schowałam, bo mi oddał. Ale niech mu – podaję kartkę drugi raz.

- Niech pani usiądzie na łóżku, ale żeby nogi pani zwisały – komenderuje. Wracam więc na leżankę, siadam.

- Które to kolano? – no nie, ja go chyba uduszę!

- Lewe! – cedzę przez zaciśnięte zęby.

Doktor zaplata mi nogi, odplątuje, uciska je, majta.

- Niech pani zejdzie.

Schodzę, siadam na krześle.

- I co, panie doktorze, z moim kolanem? –  dociekam z trwogą.

- Wypiszę pani skierowanie do szpitala na artroskopię… Które to kolano? – dopytuje się, w skupieniu waląc w klawiaturę.

- Lewe!! – dojrzewa we mnie chęć mordu, koniecznie lewą nogą.

Ale potem pomyślałam, że doktor najwyraźniej miał jakąś traumę związaną z błędnym rozróżnieniem kończyny. Wciąż słyszy się przecież historie, że zoperowali komuś nie tę nogę, albo nie tę ucięli lub też na niewłaściwą gips założyli. I zastanawia mnie, czy lekarze nie mają jednolitego systemu rozpoznawania stron ciała????

A ja mam nadzieję, że temu pacjentowi podmienili właściwe kolano :-)