0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Naprawdę nie mam nic przeciwko komercji. Bez Walentynek luty byłby tylko mroźny, a tak jest i mroźny i miły. Nie przeszkadza mi wysyp czerwonych serduszek, pluszaków i lizaków. Oczywiście nie jestem za tym, by uczucia okazywać tylko raz w roku, ale dziś można zaszaleć i to bez konsekwencji.

Na fejsie roi się od zdjęć zakochanych par, bo kto żyw musi pokazać, kogo i jak mocno kocha… To mnie akurat nie obchodzi, ta cała „publicity”, wolę uczcić ten dzień jakąś wysublimowaną kolacją we dwoje (albo nawet w większym gronie, dlaczego ma to dotyczyć tylko związków miłosnych z erotycznym podtekstem?), jednak w realu. Nie bawi mnie siedzenie przed monitorem i wrzucanie kolejnych upozowanych selfie z Walentym.

Ponieważ swojego Walentego mam tylko w weekendy, a tegoroczne święto wypada we wtorek, imprezkę walentynkową w sześciopaku robiliśmy w sobotę. To było posiedzenie naszego 6-osobowego Klubu Tatarkowego. Z iście walentynkowym rozmachem zrobiłam dla każdego uczestnika różę z truskawki… Zrobiły wrażenie!

 

I kiedy już wydawało mi się, że Walentynki uczciłam przed czasem, ale jednak (bo mój Walenty w tygodniu mieszka w Warszawie), to niespodziewanie okazało się, że będzie jednak dziś wieczorem w domu. Po prostu zapomniał portfela ze wszystkimi ważnymi dokumentami i przyjedzie po niego. Mogę więc zakrzyknąć tylko: wiwat skleroza!!!

Print Friendly