0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Poprzednią relację ze Sri Lanki zakończyłam na długich i szerokich schodach wiodących do jaskiniowych świątyń w Dambulli (poczytacie tutaj). Kiedy zatem minęliśmy sprzedawców pamiątek i stada ślicznych maciupkich małpek, które wesoło baraszkowały, dotarliśmy na płaskowyż, przed bramę-wrota.

Za nimi widoczny był kamienny placyk, ale napis nie pozostawiał wątpliwości, że oto wchodzimy na teren buddyjskiej świątyni i trzeba zdjąć obuwie. Kompletnie nie byliśmy na to przygotowani, co okazało się brzemienne w skutkach. Do głowy nam (kobietom) bowiem nie przyszło noszenie w torebce zapasowych skarpetek czy pończochowych stopek, bo upał sięgał 30 stopni i nogi obute tylko w sandały czuły się doskonale. Jednak po zdjęciu obuwia i przejściu przez bramę Złotej Świątyni znaleźliśmy się na wyłożonym kamieniami placu, z którego dochodziło się do krużganka. Zacieniony, stanowił rodzaj korytarza, z którego wchodziło się do każdej z 5 jaskiń osobno.

Mały szczegół: kamienie na placu nagrzane były w popołudniowym słońcu chyba do stu stopni C, spróbujcie więc postawić na nich stopy. Nagie, i przejść ok. 10-12 metrów do cienistego krużganka. Takich figur, jakie wykonywali nieprzygotowani do tego turyści (m.in. ja) próżno szukać na sali fitness. Wygibasom towarzyszyły okrzyki bólu i stęknięcia. Próbowałam przebiec te kilka metrów sycząc i kwicząc, ale nie było wcale łatwo biec, bo to bieg po rozżarzonych węglach był! Kiedy dotarłam do małego skrawka cienia obejrzałam się i ujrzałam mamę oraz Andrzeja w jakiejś akcji ratunkowej. Ratunek polegał na tym, że Andrzej (ponieważ nie nosi sandałów, nawet w tropikach, lecz sportowe pełne obuwie oraz skarpetki), będąc w posiadaniu „ochraniaczy” na stopy zaoferował je teściowej. Zatem ujrzałam jak moja mama zakłada na swoje stopy (w rozmiarze 37) skarpety zięcia (rozmiar 45). Urocze, naprawdę. 

Zanim jednak do mnie dotarli zdążyłam nawiązać kontakt wzrokowy z jakimś mnichem, który mnie zawołał i bez zbędnych pytań zaczął zawiązywać mi na prawym nadgarstku białe bawełniane nitki, mamrocząc coś pod nosem i robiąc kilkanaście supłów. Z przewodnika wiedziałam, że świątyniami opiekuje się mnich-zarządca, który na dole ma swoją willę i który ustawił przy niej tego wielkiego złotego Buddę, wydaje też gazetę buddyjską, ma radiową i telewizyjną rozgłośnię. Założył też fundację i uniwersytet. Kogoś wam przypomina? No właśnie… To on we własnej osobie motał mi sznurki. Wiedziałam, że za nitkę, która jest rzekomo najdroższym błogosławieństwem na świecie (w przeliczeniu na dolary za metr) – trzeba mnichowi zapłacić.  Mama nagle też zachciała taką bransoletkę, więc zaprowadziłam ją do mnicha, który zawiązał supły na jej ręce, za kolejny datek. Mama zdjęła nitkę jeszcze na Sri Lance, gdy się tylko lekko przybrudziła, ja swoją odważyłam się usunąć dopiero jakieś kilka tygodni temu, gdy naprawdę okropnie wyglądała – bura i postrzępiona. Nosiłam ją dobre pół roku…

Świątynie w jaskiniach – krużganek

Zaczęliśmy wreszcie wizytować jaskinie. W pierwszej (jest najmłodszą świątynią, z 1927 r. i najmniejszą) jest 10-metrowy posąg odpoczywającego Buddy. W kolejnej znaleźliśmy kilkadziesiąt posągów Buddy oraz malowidła na sklepieniu jaskini, bardzo misterne.

Druga świątynia

W kolejnej jest ciekawa figura króla Rajasinthe, który jest ubrany po europejsku w spodnie, u pasa wiszą mu krzyżyki a na głowie ma europejską koronę. I jakie niebieskie oczy!

Podobno w świątyniach Dambulli znajduje się najwięcej malowideł Buddy na świecie! Jakby tak policzyć, to nie dość, że posągów jest kilkadziesiąt, to i wizerunki malowane trzeba doliczyć. Oprócz Buddy są tu posągi tzw. bodhisattwów (świętych buddyjskich), bogów hinduistycznych oraz królów lankijskich (jak ten własnie wyżej wspomniany). Oczywiście nie byliśmy świadomi znaczenia wielu symboli, które dla każdego buddysty są czytelne i wyraźne. W posągach liczy się każdy gest, odgięcie palca u ręki, ułożenie nóg. Milion szczegółów, często niezrozumiałych, ale i tak wrażenie było ogromne.

W którejś z jaskiń doszło do zabawnego przejęzyczenia. Otóż w prawie każdej jaskini stały skrzynki na ofiary – po ang. donation. Przy jednej mama nagle zapytała, dlaczego te posągi są zaminowane, czy to w ochronie przed złodziejami? Zamarliśmy z wrażenia, pytamy skąd pomysł taki przyszedł jej do głowy? Jak to skąd, mama na to, przecież napisane na tych paskudnych skrzynkach „detonacje”! Kiedy zrozumieliśmy, nie mogliśmy opanować śmiechu…

I jeszcze widok z przedostatniej świątyni. Na mojej ręce można zobaczyć to bawełniane buddyjskie błogosławieństwo…

Ostatnia (pod względem kierunku zwiedzania) świątynia jest tą najstarszą. I spina jakby w klamrę tę krótką trasę – w pierwszej był przecież posąg leżącego Buddy, odpoczywającego. W ostatniej Budda też leży, ale jest umierający. Po czym to można poznać? Jedna noga lekko ugięta  w kolanie (z przodu nie zobaczycie), szata pomięta, stopy nierówno złączone…

Wychodzimy cicho, nie chcąc naruszyć intymnego momentu…

Po opuszczeniu terenu Złotej świątyni znów małpy wzięły nas w obroty, a właściwie wyczuły najsłabsze ogniwo i za cel sobie obrały miękkie serducho mamy, która na całym świecie dokarmia wszystkie głodne zwierzęta…

Tym razem dostały cukierki. Wedla. Nie wiem, czy lubią, ale zjadły! Ze smakiem.

Schodzimy w dół, tymczasem wiele biało odzianych kobiet zdąża do świątyni, z lotosami w dłoni. Zbliża się pewnie czas jakichś rytuałów religijnych.

A nam już  burczy w brzuchach, więc prosimy Niro o zawiezienie do jakiejś restauracji. Prowadzi nas nieopodal świątyni. Elegancka, pusta. Z basenem. Zostajemy na curry z ryżem. Pelasiunia (moja pluszowa obieżyświatka) zadowala się kwiatem frangipiani…

Print Friendly