0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Ponieważ walczę z bólem kolan już od kilkunastu dni (zachciało mi się ćwiczyć – po przysiadach się coś popsuło), po domu walają się hektometry bandaży elastycznych.

Jedne się suszą (po praniu), kolejne nawaniane są różnymi aromatycznymi ingrediencjami typu końska maść, maść ajurwedyjska przywieziona ze Sri Lanki albo liście świeżej kapusty, miażdżone tłuczkiem do mięsa. Kolejne po prostu zostały zdjęte ze wspomnianych kolan i nie zwinięte porządnie w rulonik, bo kto przy zdrowych zmysłach roluje 5 metrów bandaża kilka razy dziennie?

Ponieważ w ciągu tygodnia mojego „weekendowego męża” nie ma, czuję się dość swobodnie. Tak swobodnie, że nie zdążyłam sprzątnąć tego białego bałaganu przed jego przybyciem. Zatem mój ulubiony mąż wpada do domu, rozgląda się po pokojach, jego uwadze nie umykają najwyraźniej hektometry tasiemek, ciągnące się od sypialni po łazienkę i garderobę, wiszące na kaloryferach, malowniczo skomponowane na fotelach, łóżku itp., bo konspiracyjnym szeptem pyta:

- Mamy gościa? Jakaś mumia przyjechała???

zdj. us.123rf.com

 

Inna scenka, temat ten sam: do okładów na kolana używam liści kapusty, świeżych, więc cała główka tejże leży w kuchni na honorowym miejscu, by była pod ręką w razie konieczności. Mąż robi herbatę i pyta ucieszony:

- Ta kapusta to na surówkę do obiadu?

- Nie, to środek spożywczy specjalnego przeznaczenia medycznego…

Print Friendly