0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Tak, będzie o czynności jak najbardziej detektywistycznej. Wczoraj wpadłam bowiem na trop, podążyłam jego śladem i dopadłam truciciela!

Mieszkam w dużym (stosunkowo) mieście, ale nie ma to żadnego znaczenia, bo wszyscy, gdziekolwiek byście w Polsce nie mieszkali problem znacie: cuchnący dym wydobywający się z kominów domów jednorodzinnych, bliźniaków, szeregówek czy zabytkowych kamienic, które ogrzewa się piecami.

Ludzie, których na to stać korzystają z ogrzewania gazowego – najczystszego, nieuciążliwego (niczego nie trzeba nosić z piwnicy i wynosić, czyścić itp.), lecz niestety najdroższego. Jest to więc mniejszy ułamek ogółu „grzejących się”.

Większość ogrzewa mieszkania i domy węglem, eko-groszkiem, drewnem (kominki). Te surowce byłyby OK, ale niestety – ludzie starsi, albo niewiele zarabiający, na wsiach i w metropoliach (Kraków, Wrocław), w uzdrowiskach (np. Kotliny Kłodzkiej) oraz  wszyscy pseudooszczędni  - spalają w swoich piecach Bóg jeden wie, co. Prawdopodobnie plastikowe butelki, tworzywa, pudełeczka po maragrynce, pojemniczki po pomidorkach, gumę itp. śmiecie, które w dobie segregacji powinny znaleźć się w żółtych pojemnikach na plastik, a nie w piecach grzewczych!!!

W efekcie od świtu do zmierzchu mamy wszędzie siwy dym, i nie jest to komentarz sytuacji polityczno-gospodarczej kraju. Po prostu kilka milionów obywateli raz dziennie uruchamia domową spalarnię śmieci (a jak kiedyś chciano takie wybudować, np. w Osetnicy, to raban był, sprzeciwy mieszkańców, ekologów itd. tymczasem w Wiedniu spalarnia stoi w samym centrum miasta i wszyscy żyją).

Nie są to wiec zanieczyszczenia przemysłowe: sektor komunalny jest w tej chwili największym trucicielem środowiska. Wystarczy pojechać na wycieczkę do Krakowa – smog nad miastem jest taki, że zagranicznym turystom trzeba ściemniać, że to wyziewy z paszczy smoka wawelskiego. W gorszej sytuacji (bo nie mają smoka) są kurorty na Dolnym Śląsku – spróbujcie pojechać np. do Szklarskiej Poręby – w kotlinach snują się dymy tak gęste, że trzeba zamykać w samochodzie zewnętrzny obieg powietrza. W Szklarskiej Porębie  (w Zakopanem również) skażenie powietrza jest większe, niż w Warszawie, a co gorsza każą przybyszom płacić „klimatyczne”!!!

Dzięki takim właśnie domowym spalarniom śmieci mamy siwy dym zamiast słońca i błękitnego nieba. Mamy smog, gryzący w oczy, szczypiący w płuca, zatruwający wszystko: powietrze, glebę, wodę.  Trujemy sąsiadów (to raczej mało kogokolwiek obchodzi), ale głównie trujemy samych siebie. Ze stopionych w ogniu tworzyw wydzielają się dioksyny, które osiadają na płucach, skórze. Także w  glebie przydomowego ogródka, w którym z pieczołowitością hodujemy kwiaty i warzywa, owoce. Potem to wszystko się wchłania do ustroju i powstają np. nowotwory!

Mieszkam na osiedlu domów jednorodzinnych. Tu łatwo wykryć, kto wypuszcza z komina świństwo. Wczoraj wracam po zmierzchu do domu, przed podjazdem czuję dziwny zapach w aucie, myślałam, że samochód mi się zaczął palić! Wyskoczyłam w sam środek gryzącego tumanu. Końca ulicy nie było widać, uznałam więc, że to nie jest sprawka mojego auta, ale… o Boże! A może żelazko zostawiłam włączone???? Ta fobia dołożyła mi jeszcze ze 200 jednostek adrenaliny. Nie macie wyobraźni, jak się zlękłam, mało tam nie zemdlałam ze strachu, że mam pożar w domu.

Na miękkich nogach, z kołaczącym sercem pędzę (???) do drzwi, ale… co to? Widzę, że kłęby dymu wydobywają się z komina sąsiadów (Jezu, co za ulga, nie z mojego!),  z małego domku oddalonego o trzy inne. W dodatku znam trucicielkę, bo nasze ogrody sąsiadują ze sobą. To miła starsza pani „Ramzesowa” (bo ma bernardyna o tym imieniu). Czasem latem czy jesienią daje mi jakieś warzywka – cukinie, dynie…

Co tu robić? Iść z awanturą czy odpuścić sobie? Przypomniałam sobie jednak, że poprzedniej niedzieli było to samo – też zrobili zadymę z komina na całą dzielnicę! Idę - zdecydowałam. Muszę jej powiedzieć, że źle robi. Poszłam, w domu ciemno, zadzwoniłam, pani Ramzesowa wychyliła się przez okno. Zaczęłam staruszkę edukować ekologicznie. Ona na to, że tylko „kartonik” spaliła. Akurat! Kartonik! Postraszyłam mandatem od straży miejskiej, powiedziałam o raku i truciźnie dla jej kwiatków. Podziękowała mi.

Zobaczymy, czy przestanie truć. Żal mi jej, bo pewnie im się nie przelewa, więc spalają co się da, w końcu mróz był. Ale to, co zaoszczędzi na opale, wyda na lekarzy. Nie tylko ona zresztą, także kilkudziesięciu sąsiadów w okolicy. Wśród nich – ja.

Nie trujcie!

zdj. z www.kampaniespoleczne.pl

 

 

Print Friendly