0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Babcia to skarb. Nie mniejszym wcale jest dziadek. Szczęściarze mają nawet po dwie babcie i dwóch dziadków – czyli są w dwójnasób bogaci… Najlepiej jednak o tym bogactwie wiedzą ci, którzy już ani babci, ani dziadka nie mają…

Ja długo cieszyłam się swoim byciem wnuczką. Od zarania, od dzieciństwa, czyli od zawsze miałam dwie babcie i jednego dziadka. Straciłam ich całkiem niedawno, byłam bardzo „starą” wnuczką, bo moi dziadkowie byli długowieczni. Dość powiedzieć, że dziadkowi zabrakło 5 miesięcy do 100 lat!

Ale i jaka to była setka! Żadnej demencji, upierdliwości, pampersów. Dziadkowie mieszkali we własnym mieszkaniu, odwiedzaliśmy ich kilka razy w tygodniu, mieli też od paru lat opiekunkę, która robiła im codzienne zakupy i gotowała, ale poza tym odwiedzali ich sąsiedzi, znajomi, drzwi się tam po prostu nie zamykały. Można było o wszystkim z  nimi porozmawiać. na przykład o muzyce. Dziadek czasem się ze mną przekomarzał i wdawał w dyskusje. A, że te zespoły, których ja słucham to wyjce, bo takiego szlagieru jak lwowska „Czarna Mańka” to już nie potrafią wyprodukować…

Dziadek zawsze np. wypatrzył moje nowe szpilki („o, przyszłaś w nowych bocianach!”), nowy płaszcz, sweter, ładny ciuch w ogóle. Koneser! Sam był wielkim modnisiem i rutynowe były jego prośby na wiosnę i na jesień, by zawieźć go do sklepu, bo musi sobie kupić nową „bluzkę” jak mówił na kurtki. Opowiadał też, że „we Lwowi”, gdzie mieszkał od urodzenia do 1945 r., dwa razy w roku szył na miarę u krawca garnitur i wydawał na to całą swoją pensję robotnika budowlanego. Taki szykowny był! Do babci natomiast przychodziła do domu osiedlowa fryzjerka, bo aż do swej śmierci w wieku 98,5 lat czesała się i farbowała włosy na kasztanowo – nie znosiła siwizny. Rozbawiła kiedyś mnie i mamę, bo zażądała, byśmy kupiły jej jakiś ładny złoty pasek do sukienki, zbyt obszernej, jej zdaniem w pasie, bo… wygląda jakby była w ciąży! A miała wtedy z 90 lat!

 

Moje najwspanialsze wspomnienia z babciami i dziadkiem pochodzą oczywiście z dzieciństwa. Jedną babcię miałam daleko – 300 km od Wrocławia, w Kielcach. Ta babcia bardzo dbała o moje zdrowe odżywanie, ponieważ byłam tzw. niejadkiem. Uważała też, że przyjeżdżam „z brudnego powietrza”, więc muszę oddychać świeższym, kieleckim. Jeździłam do niej na całe wakacje, a babunia wyprowadzała mnie do sosnowego lasu na „inhalacje”. Zostawiała pod opieką ciotek (młodszych sióstr mamy) i znikała. Pojawiała się w południe, niosąc ciepłe danie w garnuszku owiniętym lnianą ściereczką. Był  w nim obiadek: krupnik i kotlet mielony z marchewką z groszkiem i odrobiną ziemniaczków. Jakież to były delicje, spożywane na kocyku w środku nagrzanego i pachnącego żywicą lasu! Tam dopiero dopisywał mi apetyt, tylko tam przestawałam być niejadkiem. Ponieważ często miewałam anginę, babcia leczyła ją lodami. Wracając z pracy kupowała mi lody domino (taka kostka w papierku srebrnym), które donosiła do domu już lekko roztopione. Jadłam „płynne lody” łyżeczką ze specjalnego pucharka w miodowym kolorze – tylko mój on był, i były przesmaczne!

 

Druga babcia z dziadkiem była na wyciągnięcie ręki, bo mieszkała ze mną i moimi rodzicami. Co wieczór przed snem wołałam babcię, a ona przychodziła do mojego pokoju i niestrudzenie „masowała” mi plecy, „miziała” po włosach. Bez tej pieszczoty nie umiałam zasnąć. Pamiętam też, że w każdą niedzielę budził mnie aromat wykipiałej na kuchni węglowej – kawy, bo babcia od rana krzątała się przy śniadaniu. Do dziś szukam kawy, której smak i zapach dorównywałby aromatowi tamtej babcinej, z niedzielnych poranków. Ta babcia z kolei bardzo często musiała wyrywać się z pracy, by odprowadzić mnie rano do przedszkola, bo tato, do którego ten obowiązek należał, zawsze przesypiał porę wstawania. Dzwoniłam więc do niej i przyjeżdżała. Kupowała mi też najpiękniejszą biżuterię… z plastiku! Bransoletki w kolorach tęczy, pierścionki z oczkiem w kształcie serduszka, spinki do włosów i tysiące innych drobiazgów, które błyszczały i cieszyły oko 6-letniej damulki.

 

Dziadek natomiast od zawsze był pasjonatem piłki nożnej. Ponieważ byłam jedyną wnuczką to mnie właśnie zabierał na mecze, kupując moje towarzystwo ogromnym lizakiem i innymi słodyczami (pamiętam takie cukierki „Kawusie” – jak ziarenka kawy z likierem w środku…). Fajnie się na tych meczach bawiłam, dostawałam watę cukrową i precelki, albo jadłam to, co babunia napakowała mi do koszyczka: kawałek ciasta z jabłkami, gotowanego kartofelka…

Dziadek odbierał mnie często z przedszkola i czasem się kłóciliśmy pod kioskiem Ruch-u, gdy chciałam mieć jakąś zabawkę. Zniecierpliwiony kobiecymi żądaniami coraz to nowych, dziadek brał mnie po prostu pod pachę i niósł do domu, wrzeszczącą wniebogłosy… Był też ekspertem od moich rowerów, a gdy skończyłam 18 lat wręczył mi konspiracyjnie klucz do swojej altanki na działce, bym miała gdzie chodzić na randki…

 

Później też było fajnie, mimo że wnusia ze mnie  była już duża. Dla jednych i drugich dziadków pozostałam na zawsze jedyną wnusią i najstarszą, bo z obu stron pojawiali się już tylko chłopcy.

Pierwszą kochaną osobę straciłam w wieku 46 lat. Myślę więc, że otrzymałam wielki dar obcując z NIMI tak długo. Jeszcze teraz bywają dni, gdy mi się za nimi strasznie tęskni…

Print Friendly