0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Od wczoraj jeżdżę miejską komunikacja, ponieważ mój samochód wylądował u blacharza. Obtarłam nos Belli wskutek kolizji z… tramwajem. Niedużej, ale zawsze: zderzak i maska silnika do wymiany. Mam więc okazję do bliskich kontaktów z tzw. „środkami komunikacji miejskiej” – a od lat nie jeździłam…

Co więcej, poruszam się tramwajem, z którym się puknęłam (bo to pod pracą było, więc nie ma wyjścia..) – przezornie wsiadam zatem do drugiego wagonu, by nie natknąć się na łysego motorniczego, który jest na mnie ciężko obrażony. Nie wiem dlaczego, skoro zasponsorowałam remont leciwego taboru. Wydaje mi się, że MPK powinno powiesić na przodzie tramwaju  w miejscu stłuczki tabliczkę pamiątkową, jak robią to dla fundatorów w kościołach. Jeśli nie ujrzę takiej tabliczki   w najbliższych dniach, to  rozważę zakradnięcie się nocą do zajezdni i przymocowanie takiej na klej „kropelka”.

Słyszałam od koleżanek w pracy  legendy o tym, kto i w jakim stylu (stanie) jeździ autobusami, tramwajami. No i dziś sama się otarłam o legendę, która wysiadła około dziewiątej rano na ulicy Traugutta. Teraz jednak nie wiem, czy to czasami nie był jakiś statysta, bo przecież Spielberg kręci film na pobliskiej Mierniczej…

Legenda był mężczyzną w nieokreślonym wieku, ale raczej starszy niż młodszy. Ponieważ siedział, gdy wsiadłam do tramwaju, pierwszy rzucił się w mój nos – jego zapach. Nie był to mój ulubiony (jeśli chodzi o męskie wonie) Aqua di Gio Armaniego. Potem ujrzałam jego włosy – zafarbowane na… pomarańczowo – i za pomocą  żelu (lub naturalnego łoju) ułożone do góry, z fantazyjnie sterczącymi pasemkami. Nad uszami włosy były czarne. Miał też wąsy zawadiacko podkręcone tymże łojem – zupełnie w stylu Salvadora Dali. W sumie jednak wyglądał jak Mefistofeles.

Póki siedział, pijąc piwo z puszki i mamrocząc coś pod nosem, to pogwizdując wesoło – nie widziałam dokładnie jego stroju. W pewnym momencie założył sobie żółte okulary przeciwsłoneczne w kształcie Ray-ban’ów, omiótł wzrokiem otoczenie nie przerywając gwizdania (wesołego) i podniósł się, szykując się do wyjścia – i co za stylizacja! Ubrany był w niezwykle brudną, ale wciąż białą, krótką kurtkę z kapturem, spod której wystawała czarna plisowana spódniczka (tunika?) oraz nogawki dżinsów. Na stopach miał trampki. Może to trendsetter był?

Wysiedliśmy. On, kocio sprężystym krokiem oddalił się, pogwizdując. Szedł w tych swoich żółtych okularach wprost w stronę Słońca. Jakże mu zazdrościłam! Ja (i to bez śniadania w płynie) poczłapałam w stronę Cienia, bo miałam „zaproszenie” na rozmowę w komisariacie…

 

Print Friendly