0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Podczas rutynowej wizyty w zaprzyjaźnionym sklepie bieliźniarskim dostrzegłam intrygującą część garderoby: cieliste w kolorze majty z (prawie)gumy, wysokie pod biust, działające tak na figurę, że każda normalna kobieta  (oprócz tych chodzących po wybiegach mody) natychmiast ich będzie pożądać.

Zachęcona przez sprzedawczynię (laserowo cięte….. idealnie wyrównują wałeczki i oponki…., mają możliwość doczepienia silikonowych ramiączek….) zdjęłam z wieszaka rozmiar M (taki noszę, jeśli chodzi o bieliznę) oraz  L (wydawał mi się bardziej ludzki) i raźnym krokiem zaudałam się do kabiny celem dokonania przymiarki.

W rozmiar M weszła mi tylko jedna noga, żadnym sposobem nie mogłam w majtach umieścić choćby dużego palca drugiej nogi (niestety, usunięcie zbędnej kończyny nie wchodziło w grę, bo jestem do niej dziwnie przywiązana), odłożyłam zatem M-majty na bok.

Rozmiar L udało się naciągnąć na obie kończyny, wcisnąć pod piersi. Nie do końca wszystko było naciągnięte, ale nie będę się przecież tak starać przy byle przymiarce, uffffffffff. Obejrzałam się z boku, z tyłu, kolejnego boku (mam dwa), zerknęłam na cenę… Hm. Prawie 100 bez 2 złotych. Niemało jak na majty. Rozmyślając nad „za” i „przeciw” zakupowi, ściągałam je z siebie i nie zauważyłam (też tak macie, kobiety – jak myślicie, to nic więcej nie możecie robić?) , jak strasznie opornie to idzie. Co będzie miało jeszcze znaczenie…

Wahając się podeszłam do kasy. Pani sprzedawczyni nęciła dalej. Biłam się z myślami, czy nie będzie w nich za gorąco, za ciasno, za sexy, albo zbyt ciotowato itp., ale wizja rodzinnej uroczystości za dwa dni i wykorzystania sukieneczki sprzed lat, w której wyglądałam kiedyś bosko – zwyciężyła. Po drodze miałam jeszcze 60-cio lecie LO, w którym uczyłam, a też chciałam założyć coś figurowego – no jednym słowem dwie weekendowe okazje w jednych majtach! Co tam pieniądze – samopoczucie kobiety się liczy. Majty więc nabyłam.

Zaraz następnego dnia miałam tę szkolną uroczystość, porannie, o 10.00. Ubrałam majty, na to zaplanowany komplet – spódnicę i wdzianko z ogonem jak frak. Niestety, wdzianko zbyt cienki materiał miało i widać było ten cały gorset. Nie, nie mogę się tak pokazać! Zaczęłam więc go ściągać. Usunięcie gumo-majtek z mego ciała okazało się tak trudne, jak na przykład usunięcie folii z płyty CD. Przyrosły. Nie wiem, może skóra była zbyt wilgotna po porannych ablucjach i balsamowaniu – po prostu majty się rolowały podczas próby zdjęcia i utykały na wysokości bioder. Napinałam się, traciłam oddech, w dodatku się spociłam. No way. Co więcej –  uświadomiłam sobie, że nie mają żadnego zapięcia, jak body, w kroku, a więc np. jakakolwiek czynność fizjologiczna  w toalecie wymagałaby rozebrania się  z bluzki, spódniczki, rajstop  itp. Uciążliwe, zwłaszcza w takich publicznych miejscach, jak IX LO… Okazało się więc, że nabyłam prawdziwe antygwałty, istny pas cnoty.

Z ulgą się z nich wywikłałam i goła (tzn. w normalnej bieliźnie) pobiegłam na uroczystość. 

Jednak rocznica ślubu mojej cioteczki była już okazją innego rodzaju – feta odbyć się miała w restauracji. To lepsze warunki do użytkowania gumomajtek, zwłaszcza gdy uzyskałam deklarację Andrzejka na pomaganie w ubieraniu. Ustaliłam z nim, że  ilekroć będę musiała udać się do toalety, on podąży za mną jak cień, albo jaki kamerdyner (pani szanowna, ciągnąć?), by naciągnąć mi te antygwałty. Trzeba było niezłej siły, bo wkładanie tych przeklętych majtek przypominało naciąganie prezerwatywy na… rurę kanalizacyjną o φ 200. W tej sukieneczce, w której zamierzałam wystąpić, żadną miarą bym tego sama nie uczyniła…

Pojechaliśmy (feta w małym miasteczku) na jubileusz, restauracja w odpicowanej poniemieckiej willi, z pretensjami szefa kuchni do włoskości (podali rosół i pieczeń w sosie – może na zamówienie cioteczki?). Toalety dwie – damska i męska, normalnie czyli. W damskiej przedsionek z umywalką i kabina – jedno „oczko”. Gdy nadszedł czas, mrugam do Andrzejka, wstajemy od stołu i idziemy razem, jak to kobiety – parami do toalety. Najpierw on czeka w przedsionku i na hasło „już!” wchodzi do WC. Spróbujcie jednak zmieścić się na maleńkiej toaletowej przestrzeni we dwójkę, pardon – we czwórkę, bo pana sedesa też doliczę i tę dramatis personę: gumomajty. Andrzej naciągał je sposobem inżynierskim – łapał za „górę” pod moim biustem, następnie wykorzystując siłę grawitacji potrząsał mną, licząc, że sama w nie spłynę. Musiałam jednak rozpinać sukienkę (zamek ma z tyłu). Ponadto napotykaliśmy jakieś opory: skóry, majt, tarcie czy inne zjawiska fizyczne. Towarzyszyły więc tym czynnościom odgłosy paszczą. Moje jęki i jego stęki wydobywające się z kabiny mogły nasuwać podejrzenie, że dzieją się tam bardzo nieprzyzwoite rzeczy…  Ufffff, udało się.

Wyszliśmy. Ja trochę potargana, poprawiałam sukienkę. Mina osób pod toaletą – jednoznaczna. Nic to, unieśliśmy hardo głowy i wróciliśmy do stolika. Andrzej zdążył mi tylko szepnąć: drugi raz nie idę…

Ponieważ nie podano wina, piłam wodę. Skutek przewidywalny – za pół godziny muszę iść ponownie do toalety. Kopię go pod stołem, Jędrek jest zacięty. W końcu robię minę Kota w Butach ze Shreka (zawsze działa) – więc idzie. Pytania krewnych – dokąd wychodzicie? Do toalety – odmeldowujemy się. Powtarzamy schemat – majty są naciągane na oporną materię (w roli opornej materii ja sama). Sapiemy, dyszymy, stękamy.

Do damskiej toalety ktoś wchodzi. Zamieramy w kabinie na chwilę, bo głupio, ale ktoś się zaciął, stoi, czeka. No to kontynuujemy: słychać więc ała (ja), plaśnięcia o skórę (gumomajty). Ktoś wali w drzwi kabiny wrzeszcząc: no nie, skandal, coś podobnego! Decydujemy się wyjść. Andrzej jako odważniejszy idzie pierwszy. Ja za nim.

Afera. Podniesione głosy niosą się po restauracji, docierają do naszego rodzinnego stołu. Chyba jesteśmy bohaterami małego skandaliku. Wszyscy mają pytajniki w oczach. Niczego nie wyjaśniamy, siadamy i zajmujemy się pieczenią (z buraczkami, mniam, mniam). Po chwili skandal się wycisza. Wtedy mama nachyla się do mnie i pyta, o co chodzi. Gdy jej wyjaśniam podpowiada, zdziwiona że nie wiem takiej oczywistości: wystarczy przecież odchylić sobie majty i można swobodnie zrobić siusiu bez zdejmowania bielizny, sukienki itp.  Mama ma to wypraktykowane przez lata…

O ja naiwna, trzeba było zapytać matkę! A tak wywołałam skandal i utraciłam kawałek czci (malutki, bo przecież nic złego nie robiłam, ale jak to wyglądało i ‚słyszało”!).

Jaki z tego morał? Czy po to paliłyśmy sto lat temu biustonosze i gorsety, by teraz na własne życzenie się nimi umartwiać i tracić przez nie cześć?!

Print Friendly