0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Sezon na grzyby w rozkwicie. Naród ruszył w lasy, gdzie z zapałem uprawia nasz wyczynowy sport narodowy – grzybobranie. Co tam mistrzostwa świata w siatkówce – kapelusze (nie tyle z głów, co…) z trzonków! Czas przecież kosić!

P1170479 (400x302)Nie powiem,  bywam w lesie, bo sezon polowań trwa, a i ja ten rodzaj sportu szalenie lubię, aczkolwiek go uprawiam z dość mizernym skutkiem. Ponieważ jednak dostałam w prezencie mnóstwo prawdziwków i kozaków, które teraz przetwarzam w tę i z powrotem, przypomniało mi się danie grzybowe, które degustowałam… 7 lat temu: domowy smalec z grzybami. Pamięć mam jak słoń – wielką, ale powolną i trzeba na niej zawiązywać supełki, jak na trąbie słonia. Zanim więc dojdę do smalcowego sedna, pomęczę Was jeszcze trochę wspomnieniami.

7 lat temu, akurat wiosną pojechaliśmy na autokarową wycieczkę do krainy Drakuli – Transylwanii. Chodziło nam o to, by przećwiczyć dłuuuugie, męczące przejazdy, bo w grudniu tego samego roku wybieraliśmy się w naszą pierwszą azjatycką podróż i trzeba było przygotować się do 13-godzinnego lotu. Wybraliśmy więc kierunek autokarowego wyjazdu i jakieś nieznane nam biuro podróży, które organizowało iście hardcorową wyprawę – przejazd do Transylwanii w Rumunii trwał ponad dobę, a wyjazd (dla ułatwienia) był z Krakowa, nie z Wrocławia. 

Po zajęciu miejsc w autobusie okazało się, że jest to jakiś przedpotopowy San, siedzenia mają niskie oparcia (to znaczy – nie było podpórek dla głowy), jakoś w nim ciasno tak i siermiężnie. Nie było też toalety, video, a stewardessy nie roznosiły kawy. Ponieważ usiedliśmy przy końcu pojazdu, cały tył za nami zajęła szalenie sympatyczna (jak się wkrótce okazało) ekipa – chyba z 5 dziewcząt, z jednym chłopakiem z gitarą. Wszyscy byli z Krakowa, ponad 10 lat od nas młodsi, ale szybko znaleźliśmy kod międzypokoleniowego porozumienia.

Podróż mijała nam upojnie: to znaczy najpierw każdy pił swoje, ale wkrótce wszyscy pili wszystkich. Komuna normalnie. Śpiewaliśmy i graliśmy na gitarze, wkrótce dołączyły do nas jeszcze ze dwie pary z tyłu autokaru, tak że wesoły autobus był, chociaż tylko w połowie. Przód, bardzo serio serio, aż za często dawał nam do zrozumienia wzrokiem ciskającym gromy, że nie akceptuje naszych niestosownych zachowań.

A my postanowiliśmy się dobrze bawić, bo nuda i niewygoda tej podróży by nas zjadła. Zatem grupowo powyciągaliśmy swoje zapasy żywnościowe, by posilać się wspólnie. I właśnie w bagażu jednej z Krakowianek, zwanej przez pozostałych „cioteczką”, znalazł się magiczny słoiczek smalcu domowego z grzybami. Dlatego nazwałam go galicyjskim w tytule, bo nigdy wcześniej takiego nie jadłam. U mnie w domu robiło się dawniej smalec, ale z cebulą i ewentualnie jabłkiem. A ten krakowski smakował genialnie!

A jeszcze jak on wchodził do wódeczki (a potem innych mocnych trunków, które gdy wjechaliśmy na teren Rumunii, młodzież jakimś psim węchem znajdowała na postojach w okolicznych spelunach, gdzie bimber pod nazwą śliwowicy lano z beczek jak wino w Chorwacji – wprost do plastikowych butelek po coli…)

Smakując te rumuńskie wspomnienia wzięłam się zatem za grzybowy smalec. Nie miałam przepisu, mętnie pamiętałam to, co „cioteczka” jako recepturę podawała. Poszperałam w necie, ale tam większość receptur opiera się na grzybach suszonych. Phi! Tymczasem pamiętam, że w tamtym galicyjskim smalcu były takie mięsiste duże kawałki grzybów, więc wzięłam sprawę na rozum (czy „zdrowy” to już mocno dyskusyjne) i zrobiłam galicyjski smalec po wrocławsku:

 

Składniki:

słonina świeża – 0,5 kg,

2 średnie cebule,

0,3 kg świeżych grzybów leśnych (podgrzybki, prawdziwki, kozaki),

pieprz, majeranek, szczypta soli

 

Słoninę pokroiłam w kostkę i zaczęłam topić w rozgrzanej, głębokiej patelni. Cebule pokroiłam w kostkę, odłożyłam.

Grzyby po oczyszczeniu wrzuciłam na wrzątek i gotowałam przez ok. 5 minut, odcedziłam, pokroiłam w kostkę.

Gdy słonina mocno się wytopiła, ale jeszcze pływały małe jasne skwarki, dorzuciłam cebulę i grzyby, smażąc dalej razem przez ok. 15 minut.

Gotowy smalec trzeba następnie przelać do szklanych słoiczków, wybierając łyżką na dno najpierw „farsz” a potem dolewając płynu (stopionego tłuszczu), by przykrył grzyby i cebulę w pojemniku.

Potrawa to okropnie niezdrowa, sama smalcu nie jadam i nie używam w kuchni od lat, ale tym razem złamałam reguły. Trudno. Jem go ze świeżym, chrupiącym chlebem i wywracam oczy z rozkoszy. Po konsumpcji dręczę się wyrzutami zdrowotnego sumienia przez jakąś minutę, ale co tam! To prawdziwa smalcowa nirwana! 

Print Friendly