0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Od lat jestem opętana… żelazkową manią prześladowczą, co implikuje wiele różnych, czasem niebezpiecznych dla zdrowia (również moich bliskich) sytuacji.

Nie należę do kobiet, które planują z dobowym wyprzedzeniem, co będą jadły, robiły, albo jak będą wyglądały następnego dnia. To znaczy, jeśli jest to dzień powszedni jedynym pewnikiem jest to, że pójdę do pracy. Ale już to – w czym – wyjaśnia się rankiem każdego dnia, gdy miotam się przed szafą próbując wyłowić z niej coś sensownego. Gdy uda mi się namierzyć tekstylną ofiarę, pędzę z nią do prasowalni – i korzystam z żelazka.

Mimo wdrażania wielu technik  zapamiętywania, po wyjściu z domu zawsze dręczy mnie pytanie, kierowane do inteligentniejszego „ja”, które o poranku jeszcze smacznie śpi: czy wyłączyłaś żelazko? Skutek jest przeważnie jeden: wracam się (czasem jakieś 2-3 km, zależy jak daleko ujadę), otwieram drzwi, sprawdzam stan podłączenia żelazka, siadam na taborecie, liczę do 10-ciu (taki rytuał odczarowujący złą wróżbę wracania się), wychodzę, zamykam drzwi, jadę. Mniej więcej po tym samym dystansie znów opadają mnie wątpliwości, ale przekonując siebie: nie, idiotko, wracałaś się już – docieram wreszcie  do pracy. Zawsze spóźniona. Często też wydzwaniam do męża prowadząc śledztwo, czy np. on przed wyjściem z domu sprawdzał wyłączenie żelazka. I nie ma dla mnie znaczenia to, że wyszedł godzinę przede mną… 

Ponieważ Andrzej jest moim regularnym dostawcą dobrych rad, za jego namową kupiłam sobie telefon komórkowy z aparatem foto. Bo rada męża wyglądała tak: gdy coś prasuję i wyłączam wtyczkę, powinnam zrobić sobie zdjęcie telefonem. I wtedy gdy ogarną mnie jakiekolwiek wątpliwości, sprawdzę sobie stan bieżący na zdjęciu.

Pomysł był super, zakupiłam więc sprzęt ale… pojawiły się trudności. Np. zrobię zdjęcie, ale potem coś doprasowuję i zapominam zrobić zdjęcie numer dwa.  I kicha, wracać się znów trzeba.  Z czasem było coraz gorzej – w pośpiechu w ogóle zapominałam użyć aparatu, więc wszystko wróciło do normy – czyli schematu opisanego powyżej.

Kolejnym mądrym posunięciem było zakupienie żelazka z tzw. strażakiem. To bardzo pożyteczne i zmyślne ustrojstwo wyłącza grzałkę (czy co tam ono ma), gdy żelazko stoi w bezruchu. Eureka! Ale nie myślcie sobie, że odtąd mam spokój! Bo niby jest Ok – jest strażak, ale… Zawsze pojawiają się jakieś ”ale”: czy on działa poprawnie? A może własnie tym razem nie wyłączył żelazka? Te i podobne wątpliwości znów mnie ogarniają, więc wracam się, sprawdzam itd. Mimo zatem posiadania „strażaka” jestem w punkcie wyjścia, a żelazkowa mania prześladowcza ma się świetnie!

Przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy wybraliśmy się  daleko na urlop samochodem – do Chorwacji. Klucze do mieszkania zostawiliśmy przyjaciołom, którzy mieli podlewać kwiaty i karmić dochodzącego kota, Ryśka. Wyruszyliśmy rano, a przyjaciele mieli zajrzeć do mieszkania dopiero następnego dnia. Mnie, jak zwykle już po 2 km jazdy, więc jeszcze nieopodal domu ogarnęły liczne żelazkowe wątpliwości. Oliwy do ognia dolał Andrzej, gdyż stwierdził, że tego akurat nie sprawdzał, bo to  ja miałam sprawdzić wszystkie wyłączenia w domu, on zajęty był przecież pakowaniem bagażnika.

No to pat, bo ja ufam tylko mężowi – jak mówi, że sprawdził, to nie ma  problemu, bo mu wierzę bardziej niż sobie…. Chciałam więc wracać, ale reszta podróżnych zaprotestowała, że to zła wróżba. No to się nie wróciliśmy, ale robak niepewności (lub moje opętanie) zaczął drążyć mą duszę. I drążył przez jakieś 200 km, gdy wreszcie pękłam: w tajemnicy przed resztą wysłałam sms do przyjaciół z kluczami, z prośbą by podjechali natychmiast do naszego mieszkania i sprawdzili żelazko, bo mimo że ma funkcje strażaka jestem zaniepokojona jego ewentualnym niewyłączeniem. 

Przez następne 200 km nic się nie działo, miałam już, jak to opętana - różne wizje: pożaru, płonącej deski do prasowania, ewakuacji sąsiadów i Ryśka itp. Siedziałam więc dziwnie smutna i milcząca w aucie, aż wreszcie za  Wiedniem otrzymałam upragnioną informację, zwrotnego sms: „Żelazko było wyłączone. Czy włączyć? Teraz karmię kota.”

Nota bene autorem tego sms był mąż przyjaciółki, który kiedyś, podczas wycieczki po Kaanie Galilejskiej (w której nie uczestniczył) wysłał żonie takiego smsa: Gosia, nie kupuj wody, kup wino! Cud może się już nie powtórzyć…

 

Print Friendly