0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Ulewny poranek, wybieram się do pracy. Trzy dni temu zepsuła się nam automatycznie otwierana  brama ogrodzenia przed garażem, więc ze mną jest „domowy mechanik” z kluczami awaryjnymi, który otwiera ją ręcznie. Ja w garażu już się pakuję do Belli – gdy po otwarciu wrót nagle spostrzegamy, że jakiś samochód zaparkował na wyjeździe, w świetle bramy. Ten sam elegancki, niebieski Tiguan, który przyjeżdża do sąsiadów z naprzeciwka, gdzie jest kilka pól parkingowych, ale namolnie staje pod naszym domem, bo… mu się tak podoba i już. Na naszym wyjeździe z garażu, chociaż ma wolną całą długość ogrodzenia, pewnie z 15 metrów. Ale nasz wyjazd jest najlepszy, bo na wprost wejścia do domu sąsiadów. Młodzieńcza fantazja, może wymóg chwili, bo pada, ale mógł stanąć pół metra dalej, wciąż byłby naprzeciwko drzwi.

Wściekła ruszam do tego domu, pukam, potem walę  (nie mają dzwonka, a jest tu kilka mieszkań – wszystkie wynajmowane). Po długiej chwili wychodzi piękna młoda blondynka. Pytam, jak mam wyjechać z garażu, skoro na nim zaparkowała, a ona na to: ale tam w środku ktoś jest, kierowca… Hmmm, zacukałam się trochę, bo zaślepiona deszczem (i gniewem) nie zauważyłam go, od razu poszłam se popukać. Idę więc z nią do tego auta, kierowca (młody i piękny) coś smartfonuje, pukam w szybę (poranek pukający jakiś jest) i mówię, żeby odjechał z wyjazdu do garażu po czym oddalam się do samochodu, a młody człowiek otwiera drzwi i krzyczy za mną: MOŻE BY TAK MILEJ?

Stanęłam jak wryta. Rany, ale chamstwo urodzeniowe ze mnie wyszło! Taka stara i taka niewychowana! Zamiast najpierw sprawdzić, czy kierowca nie siedzi w aucie, zajrzeć przez szybę z bananowym uśmiechem, powiedzieć przede wszystkim „dzień dobry szanownemu panu”, a potem: ”przepraszam, że zakłócam ten smarfonowy poranek, gdy zaiste biomet nam nie sprzyja, więc sprzyjajmy sobie chociaż my, ale czy mogłabym liczyć, że pan łaskawie przesunie odrobinkę to piękne autko, bym mogła użyć swego wyjazdu do czynności, którą ów określa? Bardzo serdecznie panu dziękuję, bardzo serdecznie, życzę miłego dnia, szerokiej drogi” – i jeszcze się kłaniać po japońsku, akcentując każde słowo (wszak czytam właśnie „Magię Azji”) – ja co? Ani dzień dobry, ani kukuryku. I robię aferę z byle czego, a on przecież jest taki miły, któryś raz z rzędu parkując na moim wyjeździe. Wygląda na zadomowionego, naprawdę – jak miło!

Urodziłam się w czasach hipisów, peace and love powinnam więc wyssać z mlekiem matki (muszę zapytać matkę, czy mnie karmiła piersią, ale pamiętam raczej butelkę ze smoczkiem do wieku 5 lat – od tego mam teraz tyłozgryz), tymczasem wygląda, że „peace and love” jest mi obcy… A więc peace and love, Beatka, peace and love… Ufff, wyciszam się. Lalalala…….

Piszę ten tekst całując klawisze…

Print Friendly