0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Całą zimę dokarmiałam w moim ogrodzie tajemniczego (bo go nie widywałam) zwierza (a pisałam już o tym tutaj: http://zabawnaliteraturka.blog.pl/2014/02/11/monstrum-suszo…dory-i-czosnek/, które okazało się… kotem. Buraskiem, z białym śliniaczkiem, w takich rękawiczkach i skarpeteczkach.

Na wiosnę, kiedy częściej bywałam w ogrodzie, monstrum przemykało płochliwie, zbliżając się do wciąż wynoszonego mu jedzenia dopiero jak się oddaliłam. Nie było więc kotkiem bardzo kontaktowym. Aż do końca kwietnia.

Wtedy nastąpił przełom – przed wyjazdem na majówkę moja mama, wielka kociara, poszła zostawić jakąś większą porcję żarełka i popracować „w ziemi”. Wtem znikąd pojawiło się monstrum, mama je zawołała, kusząc kocimi smakowitościami – i nagle kotek się odważył, bardzo się łasił, chodził za mamą jak piesek – i w ogóle wielki kumpel. Gdy przyszłam do ogrodu, zastałam ich dwoje w wielkiej komitywie kocio-człowieczej, ale do mnie też się przymilał. Wtedy odkryłam, że monstrum jest koteczką. Przez chwilę trwałam przy imieniu Monstrumka, ale ponieważ nikomu się nie podobało, mama podjęła decyzję – i koteczka nazywa się Lola.

Lola

Lola

Tak zatem wyszło, że mam czwartego w życiu kota, w tym trzeciego „dochodzącego”. Ze względu na alergię męża nie będę mogła wziąć go do domu, ale myślę, że Lola doskonale sobie z tym problemem poradzi. W sumie lubię taki układ – daje obu stronom dużą niezależność i mnóstwo przyjemności.

Lola jest strasznie mądra, reaguje na polecenia jak piesek, przymila się i słodziak z niej wielki oraz pieszczoszka. Oczywiście ma już swojego „ulubieńca” – tego najbardziej na koty uczulonego! Ostatnio jak Andrzej kosił trawę w ogrodzie, cały czas mu asystowała – normalnie gdzie Jędrek, tam Lola. Aż zazdrosna byłam. I pchała mu się na kolana, jak tylko na chwilę usiadł.

Ech, ta Lola…

Print Friendly