0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Wiosna jak malowana, poszukiwaczom przygód i tropicielom tajemnic proponuję więc wypad  do Siedlęcina nieopodal Jeleniej Góry. W zapyziałej (dość) wiosce wznosi się średniowieczna, jedna z licznych na Dolnym Śląsku wież, dawniej mieszkalnych. Tylko, że ta jest wyjątkowa na skalę Europy – „mieszka” w niej bowiem… sir Lancelot z legendy o królu Arturze!

Lancelot, najlepszy rycerz króla Artura, który wplątał się w romans z jego żoną, Ginewrą, ale przede wszystkim poszukiwacz świętego Graala – „mieszka” na freskach wieży z XIV w., odkrytych dopiero w XIX wieku. Są tajemnicze, bo: primo – niedokończone, a secundo – były już kiedyś przemalowywane! Dlaczego, i co naprawdę przedstawiają – jest kilka hipotez, warto więc malowidła zobaczyć na własne oczy. Znajdują się na III kondygnacji, w sali, która uważana jest za reprezentacyjne miejsce biesiad i spotkań  szlachetnych rycerzy, właścicieli wieży.

Niezwykłe freski

Sama wieża jest architektonicznie też dość ciekawa, co prawda jej bryła zasłonięta jest mocno budynkiem (oficyną). To obecnie zabytek klasy zerowej w Polsce, unikat, gdyż wieża mieszkalna jest nie rycerską, a książęcą. Jej budowę rozpoczęto około 1314 r. na zlecenie księcia jaworskiego Henryka I. Pierwotnie miała cztery kondygnacje, z czego dwie dolne przeznaczone były na pomieszczenia gospodarcze, natomiast trzecią i czwartą zajmowali właściciele. Sala biesiad i spotkań została ozdobiona malowidłami, nakładanymi na sucho na tynku.  Mają 10 m długości i 2,5 m. wysokości. Imponujące…

Artysta fresków pochodził prawdopodobnie ze Szwajcarii (są porównania, że identyczne freski znajdują się w katedrze w Zurychu!). Ich tematyka – nie religijna, lecz świecka – jest unikatowa na te czasy w Polsce (pocz. XIV w.). Może była zbyt nowatorska dla współczesnych, skoro część postaci przemalowano: kobiety zostały zamienione na mnichów w cysterskich w habitach, z kolei sporych rozmiarów Madonna z Dzieciątkiem (nad którą tak dumałam w 2008 roku – na zdj. obok), w badaniu w podczerwieni okazuje się być… Św. Krzysztofem z Dzieciątkiem. Komu jednak przeszkadzałby ten święty? Kościołowi, bo tak naprawdę Krzyś nie jest świętym, został z listy definitywnie skreślony. Tłumaczyłoby to, dlaczego w jakimś momencie freski były zbyt odważne na tamte czasy i zostały przemalowane na takie  bardziej religijne, serio serio.

Dygresja o św. Krzysztofie

To dziwaczny święty – mierzył ponoć 4 m wzrostu, miał ogromną siłę i głowę szpetną jak psi pysk. Pracował nad Jordanem, pomagając przekraczać pielgrzymom rzekę – przenosił ich na własnych barkach. Pewnego dnia przeniósł dziecko – był to sam Chrystus, dlatego nazwany został po grecku Christoforos (Krzysztof) – niosący Chrystusa. To patron nagłej śmierci, chroniący przed kataklizmami (pożar, powódź). Przez swój „zawód” patronuje flisakom, żeglarzom, podróżnym, pielgrzymom, przewodnikom – i kierowcom. Kto spojrzy rankiem na jego wizerunek, będzie bezpieczny aż do wieczora. Dlatego dawniej malowano jego postać przy wejściach do kościołów, na basztach miejskich, na sztandarach, kamienicach przy ruchliwych ulicach (takie kamienice w średniowieczu nazywano „Krzysztoforami”).

Legendy arturiańskie w średniowiecznej Polsce

Skąd jednak w małej śląskiej wsi, tysiące kilometrów od wysp brytyjskich, wzięły się opowieści o Lancelocie, królu Arturze, zamku Camelot i Rycerzach Okrągłego Stołu? Ja mam swoją hipotezę: w 1307 r. został zlikwidowany Zakon Templariuszy, wielki mistrz spalony na stosie w Paryżu (do tej pory piątek, 13-tego jest uważany za feralny, bo to był piątek, 13…). Część rycerzy zakonnych umknęła z Francji – w różnych kierunkach. Na śląskich ziemiach też bywali, że przypomnę 1241 r. i bitwę pod Legnicą z Tatarami, w której Templariusze brali udział po naszej stronie. Kto wie, czy nie właśnie na Dolny Śląsk dotarły wozy z sianem, skrywające niepojęte skarby zakonu? Wśród nich miał być św. Graal…

Jeśli nie skarby, to z Templariuszami mogły do nas dotrzeć legendy arturiańskie – trzon zakonu tworzyli przecież francuscy rycerze z rejonu Langwedocji i Prowansji, a tam narodziła się kultura trubadurów opiewających szlachetne czyny rycerzy, także anglosaskich. Zresztą, historię o Templariuszach, strażnikach św. Graal itd. znajdziecie u Dana Browna.

Wróćmy więc do Siedlęcina. Ilu historyków sztuki oglądało freski – tyle było i jest interpretacji. Jedni twierdzą, że fragment fresków dotyczy fundacji klasztoru –prawdopodobnie w Krzeszowie. Widzą więc na malowidłach księcia Bolka I z dworem, orszakiem zakonników i rycerzy na koniach. W 1918 r. badacz niemiecki P. Knoetel uznał freski za ilustrację legendy o Iweinie, rycerzu Okrągłego Stołu.

W skrócie treść legendy: Iwajn mąci wodę w Zaczarowanym Lesie, przez co sprowadza straszliwą burzę. Zaatakowany przez tajemniczego pana zdroju, rani go śmiertelnie. W pościgu za umierającym trafia na zamek, gdzie podczas pogrzebu zakochuje się w młodej wdowie po swym przeciwniku, Laudynie. Udaje mu się pozyskać wzajemność Laudyny i jej rękę. Po ślubie wyrusza szukać rycerskich przygód, przekracza jednak wyznaczony termin powrotu i zostaje odrzucony przez żonę. Z rozpaczy błąka się, wpada w szaleństwo, ratuje lwa, który odtąd go nie odstępuje. Na koniec uleczony zyskuje przebaczenie żony i jej dozgonną miłość.

Inną tezę ma Rita Probst, która w latach 30. ub. wieku badała malowidła w podczerwieni – i odkryła, co wspomniałam, że wiele postaci zostało przemalowanych. Rita przytacza inne legendy. Z kolei polska badaczka, Krystyna Secomska uważa, że freski przedstawiają dzieje Aleksandra Wielkiego. Tylko Jacek Witkowski twierdzi, że to kolorowa opowieść (jakby… komiks) o sir Lancelocie – jej najważniejsze epizody.

W skrócie ta legenda: Lancelot od 18. roku życia przebywał na dworze króla Artura. Jego odwzajemniona miłość do żony króla – Ginewry, stała się powodem upadku króla. Ta miłość, jako grzeszna, zamknęła też Lancelotowi możliwość zdobycia Graala. Mimo tego Lancelot zdołał cudownie uleczyć rycerza, którego mógł uzdrowić tylko największy rycerz świata. Lancelot był też ojcem Galahada (znalazcy Graala), którego spłodził na skutek intryg czarodziejki. Omotała go ona napojem miłosnym, myślał, że jest z Ginewrą, a był z inna damą… Gdy wydał się jego związek z Ginewrą, Lancelot uciekł, a Ginewra została skazana na spalenie na stosie. Lancelot oczywiście uratował ją przed śmiercią. Jednak po pewnym czasie Lancelot wyrzekł się miłości i udał się na wygnanie. Tam, dowiedziawszy się, że Ginewra złożyła śluby zakonne, został pustelnikiem. Umarł po śmierci ukochanej.

W Siedlęcinie jest scena, w której rycerz obejmuje ramieniem kobietę. To Ginewra. Kochankowie na fresku trzymają się za lewe ręce, a to symbol nieprawego związku. Na innym rysunku Lancelot dotyka ręką chorego wojownika. To znak uzdrowienia, ale dlaczego chory rycerz ma… trzy nogi?! Zagadka…

Wdowa po Bolku II Świdnickim sprzedała w 1368 roku wieżę dworzaninowi von Redern, ten zaś w czasie przebudowy dodał trzecie piętro i nakrył obiekt dachem. Na freskach pojawia się herb von Redenów i Zeidlitzów, z nimi spokrewnionych. Od 1732 roku do końca II wojny właścicielami Siedlęcina była rodzina Schaffgotschów. 

Mam nadzieję, że Was nie zanudziłam. Chciałam tylko zachęcić do małej wyprawy – na wieżę! W każdym miejscu bogatym w historię da się znaleźć jakiś pasjonujący wątek. Tu – miłosny, a jakże współczesny jednocześnie…

Print Friendly