0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Badania nie pozostawiają żadnych wątpliwości – ubywa mi żeńskich hormonów. Mam ich tyle, co kot napłakał, albo… facet. Ponieważ od lat zawodowo trudnię się w gazetach pocieszaniem przekwitających pań i bagatelizowaniem tych wszystkich okropnych dolegliwości i zaników (są przecież cudowne suplementy diety w aptece…), to będę mogła sprawdzić w praktyce, ile są warte, gdy  sama zacznę mierzyć się z menopauzą.  A nie jest łatwo, bo przeciwniczka używa… wrzątku. Oblewa mnie gorącem w różnych sytuacjach. Mogłabym zakrzyknąć za poetą:

              „Czyż Cię nie dręczy ognisty żar,

                   gdy dzierży dłoń ofiarny dar,

               w kielichu niosąc życia zdrój?

                  Oczami bym ci z ciała zdarł,

              z przepysznych bioder zwiewny strój…”*

Oj, jasne, że dręczy mnie żar (choć poeta pewnie inny jego rodzaj miał na myśli), więc zdzieram z przepysznych mych bioder zwiewny strój, na ogół nocny, bo właśnie o tej porze dnia gotowanie mnie jest najintensywniejsze. Zdarza się też w dzień biały, no ale tu pewne normy kulturowe nie pozwalają mi na zbyt swobodne zachowania i obnażanie się na stanowisku pracy lub w miejscach publicznych. Chociaż bywa, że stojąc w sklepie przy kasie mam ochotę zedrzeć z siebie: kożuszek, sweterek, koszulkę, stanik, majtki i wreszcie – skórę! Odnoszę też wrażenie, że parę ulatującą mi z uszu wszyscy wokół widzą…

Co gorsza – nie działają żadne roślinne tabletki, które z takim przekonaniem wcześniej polecałam w artykułach o menopauzie. Nie działają też żadne roślinne preparaty nasenne. Kiedyś spałam jak suseł, do budzika, a i jego często nie słyszałam. Teraz budzę się w nocy regularnie i mam kłopoty, by znów zasnąć.

Innych dolegliwości nie zauważam –  depresji, czy huśtawki nastrojów. Energii mam jak zwykle, cieszy mnie każdy dzień, zadowalam się drobiazgami – ot, mgłą za oknem. Obserwuję jednak swoje ciało bacznie, bo teraz zacznie się najgorsze: zaniki. Wszystkiego będzie mi ubywać, wszystko wysychać, marszczyć się, kurczyć. Bosz, nic tylko czołgać się do najbliższego cmentarza!

Jednakże dostrzegam pozytywy „strasznej” menopauzy – może zamienię się wkrótce w faceta? Bardzo bym chciała, bo od lat twierdzę, że faceci to mają klawe życie…

Weźmy na przykład jeden wieczór z życia pary mieszanej. Wpadamy równo  z pracy do domu, najczęściej po 17-tej. Czasem ON zrobi jakieś zakupy, nie powiem, głównie w zieleniaku, ja mam zawsze jakieś siaty (żeby jedną! 2-3 to norma). Wpadam, rzucam siaty i od razu do garów. Postawię coś na gazie, kombinuję jakieś eleganckie danie, pędzę się przebrać, nie będę przecież w galowym mundurze gotować! Pomysł na danie wpada mi do głowy zazwyczaj gdzieś między sypialnią a łazienką. Cokolwiek jednak wymyślę, zajmie i tak 30-40 minut. Szybciej się nie da (przynajmniej z produktów niegotowych).

W tym czasie, gdy się miotam jak w ukropie gotując, nastawiając pranie, podlewając kwiaty (muszę teraz, bo się uduszę), wycierając blaty – ON siedzi już wygodnie umoszczony przed TV, wiadomości na wszystkich możliwych kanałach odsłuchuje. Czeka. Ok, wreszcie jest obiad. Jemy, ale zaraz potem (2 razy w tygodniu) ON się zbiera. Na salę, bo uprawia sport przez 2 godziny. Wychodzi. Ja znów do garów – teraz trzeba to wszystko umyć. Przez kolejne 2 godziny  krzątam się po domu, coś uładzę, wyczyszczę. W sumie czas zlatuję na nie wiadomo czym, a tu wraca ON. Bierze aromatyczną kąpiel, piwo z lodówki, bo spragniony, często zwycięski, więc w superhumorze (znowu z kimś tam wygrał). Siada przed TV (już się wszak nabiegał!),  znów te wszystkie wiadomości przelatuje – te same, ale trzeba utrwalić. Gadające głowy o polityce, gospodarce, ekonomii, giełdzie. Ja bym może obejrzała jakiś film, ale muszę jeszcze coś zrobić domowego, albo osobistego (nie wiem co, bo na malowanie pazurów nie mam już z reguły siły). Padam o 23.00. On ogląda szkło kontaktowe do 23.30, czasem jakiś film do 1.00. Ja muszę wstać o 6.30 po pełnej wybudzeń nocy, a i tak jestem w pracy przed 9 dopiero (tyle czasu zajmuje mi rekonstrukcja urody). ON wstaje o 7.30 wyspany i wypoczęty, bierze kolejną wyprasowaną koszulę z szafy (na szczęście nie przeze mnie…) rześki i pachnący w pracy jest 8.15.

No i nie jest to klawe życie? To się wreszcie załapię!

* ŻEBYM TO JA PAMIĘTAŁA, CO TO ZA POETA, KURCZE…

Print Friendly