0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Alicja uczy się w Technikum Ogrodniczym i ma właśnie praktykę w kwiaciarni na koniec pierwszego semestru. Uwielbia tę pracę! No i luty to całkiem milutki miesiąc. Są przecież Walentynki!

- Pani Mario, dużo mam dziś wiązanek do zrobienia? – zapytałam już od progu moją szefową. Czasem zleceń jest tyle, że ledwie się w ciągu dnia wyrabiam!

- Masz, Alu, jak zwykle, wszystko zapisane w zeszyciku. Zdaje się, że wiązanek już jest kilka.

- Aha, to świetnie, natychmiast się biorę do roboty! – jejku, jak ja lubię robić bukiety, wiązanki, stroiki! Zawsze wyobrażam sobie, że zamawia je jakiś chłopak. Wymyślam od razu różne historie – jak się poznali, jak wyglądają… Wkładam w ta pracę całe swoje serce, bo klienci bardzo chwalą moje bukiety, a właścicielka kwiaciarni jest ze mnie niezwykle zadowolona.

- Alu, pomału, zjedz sobie najpierw śniadanko, bo mi tu padniesz do południa! – powiedziała pani Maria. O właśnie, taka jest kochana, jak prawdziwa mama. Zawsze pilnuje, bym jadła śniadania, a codziennie w południe wysyła mnie też na obiadki.

- Jadłam pączka po drodze. Wolę się wziąć do pracy! – zajrzałam do zeszytu ze zleceniami. Co też mam na dzisiaj? Ach, jest jedna ślubna, (super!), jedna wiązanka z dedykacją „dla kochanej babci” (ale fajnie, pewnie jakaś wnuczka lub wnuczek pamiętał), dwie bezosobowe, jak ja to nazywam, bo bez odbiorcy i dedykacji, czasem tylko po nazwie firmy zamawiającej domyślam się, że to są jakieś służbowe bukiety – np. na stół konferencyjny albo do gabinetu prezesa. No i jest jeszcze jedno zlecenie… Co my tu mamy? Nieduży bukiecik, za 50 zł, dokładnie opisane, z jakich kwiatków (proszę, jaki zdecydowany klient!). No i jest dedykacja! Bardzo tajemnicza: „Dla najpiękniejszej róży – Mały Książe.” To jedno z tych zleceń, przy których serce mi mocniej bije!

- Ciekawe, pani Mario, kto zamawiał ten bukiet z dedykacją?

- Jaką dedykacją, Alu?

- Taką dziwną, a może raczej romantyczną: „Dla mojej najpiękniejszej róży – Mały Książę?”

- Rzeczywiście oryginalna dedykacja, ale nie wiem, kto to, bo zamówiono bukiet telefoniczne.

- Och, taka jestem ciekawa, kto to odbierze. Na pewno jakiś miły chłopak o migdałowych oczach, zakochany w delikatnej blondynce, która…

- Oj, Alu, Alu, ta twoja romansowa fantazja! Powinnaś zacząć pisać Harlequiny! Marnujesz się z tym talentem do wymyślania różnych historii! – pani Maria uśmiechnęła się do mnie z sympatią.

- Kiedy ja tak muszę, bo ci wszyscy chłopcy są tacy nieromantyczni! Niedawno chodziłam trzy miesiące z takim jednym. Mówię pani, ani razu nawet „gołej” róży od niego nie dostałam! Im takie rzeczy w ogóle nie przychodzą do głowy. Myślą, że ucieszy mnie np. porcja frytek w fast foodzie.

- Hahahahaha! Coś w tym jest, co mówisz. Takie mamy dziwne czasy. Dawniej mężczyźni kupowali kobietom brylanty, futra i samochody…

- Brylantów nie pragnę, ale kwiatek – to naprawdę taki wiele mówiący drobiazg.

- Wiesz, gdyby róże pachniały frytkami albo dały się schrupać jak schabowy, na pewno częściej byś je dostawała… – zażartowała pani Maria.

- Pewnie tak! Wierzę jednak, że są na świecie jakieś niedobitki fajnych chłopców. Zresztą, ktoś jednak daje dziewczynom kwiaty, jak ten Mały Książe z dedykacji!

Myślałam o nim cały dzień. Bardzo ekscytowała mnie myśl, że zobaczę, kto odbierze ten bukiet, że zobaczę Małego Księcia. Włożyłam szczególnie wiele starania, by był piękny… Około wpół do pierwszej pani Maria nakazała mi iść na obiad, na nic zdały się wykręty i fortele. Nie chciałam się jej jednak przyznać, ze czekam na kogoś. Poszłam więc, a kiedy wróciłam, pierwsze co rzuciło mi się w oczy – to to, że wiązanka nadal tu była. Ufff. Jednak przez następne kilka godzin nic się nie działo. Do wieczora czekałam cierpliwie, pracowałam jak szalona, pilnowałam jednak drzwi kwiaciarni, by go nie przegapić. Niestety, do 18-tej nikt się nie pojawił…

- Pani Mario, co zrobimy z tą zamówioną, a nieopłaconą i nie odebraną wiązanką?

- Aaaaa, całkiem zapomniałam ci powiedzieć! Zapłacona to ona jest, tylko ma być nieco później odebrana…

- Jak to później? To kiedy? I kto zapłacił i jak ją odbierze???? – ze zdziwienia o mało nie zamieniłam się w wielki znak zapytania!

- Nie wiem… Kiedy poszłaś na obiad był spory ruch. Pamiętam, że jakiś chłopiec przyszedł i zapłacił za wiązankę, ale powiedział, że odbierze ją później, bo coś tam…

- No, ale kiedy później, skoro zaraz zamykamy?

- Nie mam pojęcia! Ale ona wytrzyma przecież do jutra, kwiaty są bardzo świeże. W każdym bądź razie on za nią już zapłacił, więc nie martw się, że coś straciłyśmy.

„No, ja jednak coś straciłam! Okazję zobaczenia Małego Księcia!” – pomyślałam, ale nie robiłam pani Marii wyrzutów. Dla niej to klient, jak każdy inny…

Przez następne dwa dni wiązanka pyszniła się w kwiaciarni, roztaczając zapach tajemnicy, ale nikt po nią nie przyszedł. Zaczęłam więc wyobrażać sobie jakąś dramatyczną historię, bo przecież tylko katastrofa mogła zatrzymać bieg wypadków dla róży i Małego Księcia. Najgorsza z wersji głosiła, że romantyzm Małego Księcia po prostu wyparował i wolał zaoferować jej porcję ruskich pierogów, a nie kwiaty! Serio mówiąc czułam, że coś mu przeszkodziło we wręczeniu tego bukietu i musiało to być coś bardzo ważnego. Bukiet trzymał się dokładnie tydzień. Kiedy zwiędnął – musiałam go wyrzucić. Moja ciekawość nie została zaspokojona. Jednak jego pseudonim na tyle mnie zaintrygował, że odszukałam w domu zakurzoną książkę z dzieciństwa… Jest taka wzruszająca… Myślę, że jeśli ktoś przybiera sobie taki pseudonim, musi być osobą bardzo wrażliwą, subtelną i romantyczną. Jaka szkoda, że jeszcze nigdy ktoś taki nie zainteresował się mną…

Przez kolejny tydzień nic się nie działo, aż kiedyś, serce mocniej mi zabiło. Znów pojawiło się zlecenie! Tym razem troszkę inne kwiaty, podobna cena, a dedykacja taka: „Dla wybranej spośród miliardów róż na świecie – Mały Książę”. „No, tym razem to ja cię przypilnuję!” – pomyślałam, obiecując sobie, że będę warować w kwiaciarni cały dzień. Kiedy pani Maria wymuszała na mnie wyjście na obiad, udawałam, że mam straszną biegunkę i muszę pozostać na diecie. Niestety, nic moje poświęcenie  nie dało, bo do wieczora nikt nie przyszedł po bukiet. I nikt nawet za niego nie zapłacił.

- No, teraz to mamy problem, pani Mario!

- Faktycznie, coś tu jest dziwnego. No nic, sprzedamy bukiet jutro, wyjmiesz tylko dedykację, nie możemy narażać się na straty. I więcej już zleceń od tego małego królewicza nie przyjmiemy! Znalazł się, phi, książę jeden, bez kasy. Może to jakiś żartowniś? – pani Maria była oburzona.

Ja jednak czułam, że coś jest nie tak… Postanowiłam, że dam mu czas do jutra. Kiedy przyszła pora obiadu, dałam się pani Marii potulnie na niego wypchnąć, jednak nie odeszłam daleko… Postanowiłam schować się w bramie naprzeciwko kwiaciarni, by mieć na oku wejście. Musiałam zobaczyć, kim jest tajemniczy Mały Książe! Tuż przed upatrzoną przeze mnie bramą jakiś chłopak wypadł z niej jak bomba i umknął w kosmicznym tempie. „Wariat jakiś? Może złodziej?” – pomyślałam, przypominając sobie, że zdarzają się przypadki porywania dziewczynom torebek. Z niepokojem ścisnęłam ją mocniej pod pachą i ostrożnie się rozejrzałam, zanim ukryłam się w bramie. Czułam się trochę jak Hans Kloss. Po pół godzinie miałam jednak już dość. Ta szpiegowska robota to jakieś nudy! Nic się nie działo. Wchodzili wprawdzie jacyś ludzie do kwiaciarni, ale były to albo dziewczyny, albo kobiety, albo w ogóle starsi mężczyźni. Żadnego kandydata na Małego Księcia. Chyba, że to jakiś dorosły facet zamawia, ale nie bardzo w to wierzę… „Eeee tam, nie mogę być detektywką! To męczące, nużące i nieefektywne!” – powiedziałam sama do siebie i zwolniłam się z obowiązku. Wróciłam do kwiaciarni. Wynik był marny: niczego się nie dowiedziałam i byłam na dodatek trochę głodna. Udałam przed panią Marią, że wszystko w porządku. Za jakąś godzinę do kwiaciarni weszła dziewczyna. Podeszła do lady i oznajmiła, że chce zapłacić za zamówioną wiązankę. Wiązankę od… Małego Księcia, ale że nadal zostawia ją w kwiaciarni! Zamurowało mnie! Już nic a nic z tego nie rozumiałam. Przyjęłam pieniądze i nie wypytywałam jej. Ona zresztą nie była zbyt rozmowna, szybko wyszła, jakby bojąc się, że będę jej robić wyrzuty…

- Czy pani coś z tego rozumie, pani Mario? – chciałam rozwikłać zagadkę.

- Alu, mam podejrzenie, że bukieciki zamawia jakiś twój cichy wielbiciel… – powiedziała pani Maria, gdy dziewczyna wyszła i zostałyśmy na chwilę same.

- Jak to???

- Sama pomyśl: ktoś za niego dwa razy zapłacił, dwa razy jednak zostawił bukiet w kwiaciarni. No i nazywa cię różą, a czyż nie jesteś jedną z nich?

- Pani Mario, to nie może być prawdą! Od kilku tygodni nie poznałam żadnego nowego chłopaka. Nie sądzę też, by mój eks-chłopak, ten od frytek hm hm, był zdolny do tak wymyślnych działań…

- Może się mylisz co do niego?

- Na pewno nie! Spędza wolny czas na oglądaniu meczy i nie przeczytał żadnej książki prócz lektury szkolnej. O Małym Księciu na pewno nie słyszał.

- To może ktoś inny chce się z tobą poznać w taki tajemniczy sposób, bo… jest nieśmiały?

- Możliwe, tylko kto? Nigdzie ostatnio nie chodzę, gdzie więc mógłby mnie zauważyć?

- Może tutaj, w kwiaciarni? – zagadkowo powiedziała pani Maria. – Czy nie zauważyłaś tu jakiegoś chłopca, który bardzo często przychodzi?

- Nie.

Następnego dnia były Walentynki. To bardzo miły dzień, wiele zakochanych kupuje sobie nawzajem upominki. Było bardzo ruchliwie i wesoło. Klienci byli dziś szczególnie mili! W pewnej chwili do kwiaciarni wszedł jakiś chłopak z doniczką kaktusa w dłoni. Myślałam, że to jakaś reklamacja, bo tak… „drzewo do lasu nosić”? On podszedł prosto do mnie i powiedział, że przyniósł od kogoś… walentynkę.

- Ten kaktus jest dla mnie? To Walentynka?

- Na pewno tak!

Spojrzałam na niego uważniej. Spuścił wzrok. Rzęsy miał jak firanki. Zauważyłam na kaktusie karteczkę, więc zaczęłam ją rozwijać. Chłopak chyba nie był tylko posłańcem? „Róża ma kolce, kaktusy – także. Czyż nie są dla siebie stworzeni? – Mały Książe”. Roześmiałam się:

- Ty jesteś Małym Księciem, czyż nie? – zapytałam go wprost.

- Ja. Mały jestem, bo mnie w ogóle nie zauważasz. Przychodzę tu stale, a wczoraj o mało mnie nie nakryłaś, jak stałem w bramie i czekałem, byś wyszła na obiad. Chciałem zapłacić za wiązankę dla ciebie. W rezultacie musiałem siostrę prosić, by zapłaciła, bo ty postanowiłaś się na mnie zaczaić….

- Obserwujesz mnie od dawna?

- Od pierwszego dnia, kiedy zaczęłaś tu pracować…

- Mogłeś przyjść, porozmawiać.

- Ale nie byłoby tak romantycznie, prawda? Często słyszałem, jak rozmawiasz z panią Marią i opowiadasz zmyślone historie do bukietów.

- Pani Mario, czy to prawda? – wezwałam na pomoc szefowa.

- Oczywiście. To dlatego pytałam Cię wczoraj, czy zauważyłaś jakiegoś stałego klienta…

- Kaktusem postanowiłem zwrócić na siebie uwagę. Żyjesz w świecie fantazji i nie dostrzegasz romantycznej rzeczywistości. Ale to się zmieni… – zagroził Mały Książe.

A ja… wcale się nie bałam!

Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. nk.pl

Print Friendly