Archiwum dla Marzec, 2013

Znaki szczególne

Dzień był pełen dziwnych zdarzeń. W ten sposób Los uprzedzał mnie o nadejściu czegoś (kogoś?) wyjątkowego… 

Obudził mnie słodki zapach hoji. Moja kapryśna roślinka doniczkowa zakwitła! W ciągu jednej nocy otworzyły się maleńkie, woskowane kwiatuszki o odurzającym zapachu. Było to o tyle dziwne, że hoje nie kwitną w listopadzie. Ich czas czarowania zapachem wypada zawsze w czerwcowe noce… Popatrzyłam na maleństwa, pogadałam chwilę z hoją i poszłam zrobić sobie śniadanko. Czajnik wesoło pogwizdywał, na talerzu pysznił się żółty ser gdy nagle… trrrraaach! Podczas krojenia „chleba młodości” (nomen omen) złamałam ogromnych rozmiarów nóż. Nie, żeby wypadł z rękojeści. Po prostu się ułamał jak zapałka. To jeszcze nie dało mi do myślenia. Dopiero kilka godzin później zorientowałam się, że coś jest nie tak, że coś wisi w powietrzu.

Kiedy wyszłam z domu już pierwsza dziura w chodniku, tuż za moją bramą, ułamała mi obcas w bucie. Skubaniutka! Zła wróciłam się do domu, żeby zmienić obuwie, bo chodzenie w tym nierównym było niemożliwe. Na wszelki wypadek przysiadłam chwilę na kanapie, by nie przynieść sobie pecha powrotem. Uparcie nie dostrzegałam faktu, że los się na mnie dziś zasadził! Oczywiście uciekł mi tramwaj w kierunku miasta. W bibliotece, do której zmierzałam, nie było prądu i nie wiadomo było, kiedy ponownie ją otworzą. Pięknie! Mój referat na poniedziałek ma wszelkie szanse na to, by nie zostać napisanym! Kiedy tak stałam niezdecydowana, czy wracać do domu, czy spróbować „przechować” się w najbliższej cukierni (co groziło natychmiastową zmianą wymiarów ciała), jakaś ciecz kapnęła mi na włosy. Popatrzyłam w szybę wystawową. No jasne! Ogromna ptasia kupa na samym czubku głowy! Nie wiem, skąd znalazłam w sobie tyle cierpliwości, żeby nie zacząć wrzeszczeć ze złości, na samym środku Rynku. Poszukałam toalety. Spranie tego świństwa z włosów zajęło mi dobre 15 minut. Dobrze, że „pani toaletowa” miała suszarkę, to wysuszyłam się, by nie wychodzić z mokrą głową na ulicę. W końcu jest listopad! Te wszystkie wydarzenia tak mnie wycieńczyły, że postanowiłam poszukać moralnego wsparcia u mojej przyjaciółki, Alicji. Znalazłam budkę telefoniczną. Co z tego, kiedy automat żwawo chapnął kartę i… już nie oddał! Ani karty, ani rozmowy z Alą. Gorzej być nie może! Rozglądałam się bezradnie za kioskiem „Ruchu”, gdy podszedł do mnie jakiś chłopczyk:

-        Widziałem, jak ci połknął kartę!

-        No połknął, i co z tego?

-        Nic, mogę ci dać żeton.

-        Za ile?

-        Za nic.

-        A ty co, żetony rozdajesz?

-        Nie, zbieram karty. Żeton mi niepotrzebny.

-        No to wezmę, bo miałam wykonać pilny telefon do przyjaciółki.

-        Tak, przyjaciółki są czasem potrzebne… – mój dobry duszek zniknął, wcisnąwszy mi w dłoń żeton telefoniczny. A może to jego sprawka, to połknięcie karty? Kolekcjonerzy są przecież zdolni do wszystkiego! Ale, co tam, dał mi przynajmniej coś w zamian. Teraz muszę tylko poszukać telefonu na żetony. Był tuż za rogiem. Z ulgą usłyszałam wolny sygnał u Alicji.

-        Halo, Ala? Co robisz?

-        Nic takiego. Sprzątam. A ty?

-        Zmagam się z Losem.

-        Z kim?

-        Z Losem.

-        Aha. I jak ci idzie? – zapytała roztargnionym głosem moja przyjaciółka.

-        Kiepsko. Jakbym ci opowiedziała, co mi się dzisiaj od rana zdarzyło…

-        Spaliłaś sobie bluzkę podczas prasowania?

-        Nie, ale…

-        Posoliłaś sobie herbatę zamiast posłodzić? – indagowała mnie dalej, dość natarczywym tonem.

-        Nie, za to…

-        Umyłaś sobie zęby kremem do golenia taty???

-        O rany, nie! Ależ to musiało być okropne!

-        Było…

-        Ala, nie wychodź czasami z domu, już do ciebie pędzę!

Najwyraźniej moja przyjaciółka też miała od rana niesamowite przygody, ale innego, niż ja dzisiaj, kalibru… Muszę ją jakoś z tego wyciągnąć! Alicja otworzyła mi drzwi okropnie potargana.

-        Boże, co ci się znowu stało?

-        Nic, to tylko te nowe wałki samoprzylepne!

-        Poczekaj, masz straszny kołtun na głowie!

-        Bo z nimi walczyłam.

-        I chyba przegrałaś… Umyj głowę raz jeszcze. Nałożymy odżywkę to włosy będą śliskie i łatwiej dadzą się rozczesać.

-        Nie mam żadnej odżywki.

-        To problem. Chwila, skoczę do drogerii. Wracam za 5 minut. Tylko nic beze mnie nie rób!

Kiedy zeszłam na dół, pod bramą czekał na mnie… piesek. Szczeniaczek brązowego koloru, z obróżką na szyjce. Rany, jaki słodki! Ten pyszczek, te uszka, MIODZIO!!! Wzięłam go na ręce i zaczęłam rozglądać się za właścicielem, modląc się, by nikogo takiego nie było w pobliżu. Kto mógł taki cukiereczek zostawić bez opieki? Tylko jakiś łotr! Piesek radośnie oblizywał mi policzek i popiskiwał ze szczęścia. Pogłaskałam go czule i ruszyłam z nim w kierunku osiedlowego sklepu. Może stamtąd komuś uciekł? Przecież nie mogę ot, tak sobie wziąć psa, nie sprawdzając, kto zacz… Zdążyłam zrobić zakupy (odżywka do włosów dla Alicji), a nie pojawił się właściciel pieseczka. Nie było nikogo, kto szukałby psa, nikt też nie zaczepiał mnie, widząc „rudego” na moich rękach. Jeśli już ludzie podchodzili, to po to, by go pogłaskać. Ale moje prawa własności nie zostały przez nikogo podważone. Co robić? Wróciłam z psem do Alicji:

-        To w drogeriach teraz psy sprzedają? – zdziwiła się moja przyjaciółka. Oj, coś ona dzisiaj okropnie roztargniona!

-        Nie! Słuchaj, niesamowita historia! Ten malec siedział samotnie pod twoją bramą. Nie było widać właściciela. Może ktoś z sąsiadów kupił sobie ostatnio psa? Nie kojarzysz, czyj on może być? – zaczęłam śledztwo. Psiak w tym czasie zajął się moimi kapciami i zrobił małą kałużę w przedpokoju.

-        Nic takiego nie zauważyłam. Ale jest słodki. Lepiej, żeby nikt go nie szukał. Weź go sobie.

-        Chętnie, ale jeśli on komuś uciekł, to trzeba go zwrócić i tyle.

-        To napisz ogłoszenie. Powiesimy w mojej bramie, skoro pod tą bramą go znalazłaś! Przynajmniej nie będziesz miała wyrzutów sumienia, że go ukrywałaś. – Alicja chyba zaczynała odzyskiwać swój słynny, zdrowy rozsądek.

-        To dobra myśl! Dawaj kartkę! – ucieszyłam się.

Za godzinę kilka ogłoszeń już wisiało w najbliższej okolicy. Nie pisałam, na wszelki wypadek, jak piesek wygląda, by ktoś nieuprawniony mi go nie zabrał. Była tylko informacja o znalezieniu psa i numery telefonów. Alicji i mojego.

-        Poczekamy godzinę, dwie, może ktoś się zgłosi – zarządziła Alicja. – Chodź, pomożesz mi przygotować obiad. Rodzice wrócą koło piątej.

Każdy dzwonek telefonu powodował przyspieszone bicie mojego serca. Ale to nie był, na szczęście, właściciel szczeniaka. Dzwonił najpierw jakiś wujek, potem koleżanka mamy Alicji, wreszcie Babcia oraz omyłkowo człowiek, który dopytywał się o jakiegoś pana Wacka, hydraulika. Koło piątej zabrałam więc psiaka i postanowiłam pojechać z nim do swojego domu. Po drodze zastanawiałam się, jak namówię rodziców na zatrzymanie psa w domu. Ledwie przekroczyłam próg, zadzwonił telefon.

-        Ja w sprawie psa… – jakiś męski głos w słuchawce.

-        Tak, słucham?

-        Czy znalazła pani może sześciomiesięcznego rudego pieska wielorasowego, z czerwoną obróżką na szyi? Powinien być tam  adres właściciela, w takim małym breloczku przy obroży…

-        Dane się zgadzają, oprócz breloczka. Musiał się urwać.

-        Czy mogę przyjechać po Bubę? Mój młodszy brat straszliwie rozpacza…

-        Tak oczywiście, podam panu adres…

Nie minęło pół godziny, gdy zadzwonili do drzwi. Za nimi stał chłopak, mniej więcej w moim wieku, trzymając ze rękę okropnie zapłakanego dziesięciolatka.

-        Dzień dobry raz jeszcze. Oto Michał, nieodpowiedzialny właściciel Buby. Ja mam na imię Krzysztof.

-        Wejdźcie, proszę! – zaprosiłam chłopców do środka, a psiak na ich widok zrobił kałużę, ale tym razem w moim przedpokoju. Michał rzucił się w jego kierunku, głośno wycierając nos w rękaw kurtki. – Jak to się stało, że Buba wam zaginęła?

-        To długa historia. Czy moglibyśmy napić się razem herbaty? Obawiam się też, że Michał będzie potrzebował kilku chusteczek higienicznych…

-        Oczywiście, nie ma problemu. Rozgośćcie się…

Poszłam do kuchni nastawić czajnik z wodą na herbatę. Spojrzałam na złamany porannie nóż i wszystkie dzisiejsze przypadki ułożyły mi się w jedną całość. Czyżby ten chłopak, Krzysztof, był moim przeznaczeniem? A to, co Los chciał mi tak bardzo przepowiedzieć, czy… czy to nie była czasem WIELKA MIŁOŚĆ? Jejku! Tanecznym krokiem wróciłam do pokoju, by przyjrzeć się mojemu… hm… ukochanemu??!!

Tekst: Beata Łukasiewicz

 

 

 

kapelusz_01 (250x183)

Kapelusz pełen słońca

Jola i Miriam wybrały się na wycieczkę rowerową. Co się może zdarzyć, gdy złapie się „flaka” na trasie do starożytnego grodziska?

- A pompkę mamy? – zapytałam niespokojnie Miriam, sprawdzając wprawnym okiem stan techniczny naszych rowerów.

- Pompkę? Nie, w ogóle nie posiadam pompki. Ty też nie masz. Ale właściwie po co nam, dmuchnąć sobie w oponki możemy na stacji benzynowej.

-  No tak, ale wybieramy się na wycieczkę poza miasto i gdyby coś nam wlazło pod koło, to nie dopompujemy… – zmartwiłam się.

-  O rany, Jola, histeryzujesz, przecież nigdy nam się to jeszcze nie zdarzyło. Flak w rowerze? Co nam może wleźć pod koło? Żaba, ślimak? To zwierzątka nieuzbrojone, opony ci przecież  nijak nie przegryzą…

- Tak, mądralo? Ok., ja histeryzuje. – trochę obrażona wsiadłam na rower. Jestem zawsze „kierownikiem wycieczek” i do mnie należy zamartwianie się o wszystko. Miriam, jak zwykle, ubrała sobie kapelusik, zgrabny plecaczek zarzuciła zawadiacko na ramię i nie martwi się już o nic. Nawet nie wie, dokąd jedziemy. Ma mnie.

-  A dokąd właściwie jedziemy? – zainteresowała się w tym samym momencie, jakby na zawołanie Miriam.

-  Znalazłam na mapie okolicy czerwony szlak i ścieżkę rowerową na szczyt grodziska z X wieku.

-  Co to jest grodzisko?

-  Tam kiedyś był gród, mieszkali ludzie w drewnianych chałupkach, mieli fosę i takie tam różne urządzenia. Tysiąc lat temu tam mieszkali, to może być ciekawe.

-  O ile coś tam w ogóle do oglądania zostało. Dobra, jedziemy!

-  Nie pytasz nawet, ile to kilometrów?

-  Wolę nie wiedzieć, bo jak dużo, to zaraz pupa mnie będzie bolała od siodełka!

-   Ok.! – nie będę jej mówić, że 30 km w jedną stronę. Damy radę… – Jedźmy więc! – zarządziłam. Jestem kierownikiem, czy nie?

Trzeba było przedrzeć się najpierw przez miasto, potem jego peryferie i wreszcie zagłębić się w stary las, rowerowym szlakiem, prowadzącym do tajemniczego grodziska. To najprzyjemniejszy odcinek trasy. Las był stary i rozśpiewany. Wokół nas krążyły wielobarwne motyle, prawie siadając nam na ramionach i jakby wskazując nam drogę. Pracowicie omijałyśmy ślimaki, wędrujące w poprzek drogi.

- Spójrz! – krzyknęła Miriam, wskazując mi coś na ziemi. – Muszą tu jeździć samochody, bo rozjechały żabę, a wcześniej widziałam mysz przerobioną na dwuwymiarową…

- Możliwe. Droga jest dość szeroka, utwardzona gdzieniegdzie kamieniami i cegłami z rozbiórki. Ale dokąd miałyby tedy jeździć? – zastanawiałam się na głos.

-  Może to jakiś skrót do pobliskiej wsi.

-  Może.

W tym momencie Miriam wykonała jakiś gwałtowny skręt w bok, wpadła na kamień, rower się zachwiał i właściwie nie wiem, czy ją zrzucił, czy to Miriam przytomnie zeskoczyła sama na ziemię.

- Cholerny kamol! – zezłościła się. – Chciałam ominąć wyjątkowo dorodnego winniczka!

Podeszłam do niej, kiedy właśnie chciała wsiąść ponownie na rower, podnosząc go z ziemi, gdy moją uwagę przykuło przednie koło.

-  Masz flaka – powiedziałam spokojnie.

-  I co teraz? – spod kapelusika spojrzały na mnie okrągłe ze zdziwienia oczy Miriam. – Widzisz, wykrakałaś! – próbowała mnie obarczyć odpowiedzialnością za zdarzenie.

-        Wprawdzie nie mamy ze sobą pompki, ale ona i tak niewiele by nam pomogła. Tu potrzebna byłaby jakaś łata do dętek na zimno, albo ja wiem, co? No więc nie możesz wsiąść na rower. Wygniesz koło – tłumaczyłam dalej.

- No to jak mamy dojechać do grodziska?

- Nie mam pojęcia. Będziemy prowadziły rowery.

- A z powrotem? Co z drogą powrotną? – Miriam była coraz bardziej niespokojna. Usiadła na skraju drogi, w trawie i wachlowała się kapelusikiem.

- Hm. Może rzeczywiście powinnyśmy zrezygnować z wycieczki i zawrócić? Sama nie wiem…

W tym momencie usłyszałyśmy odległy hałas. Najwyraźniej zbliżał się w naszym kierunku jakiś pojazd. Samochód, konkretniej. Zza zakrętu wytoczył się śmieszny, dwukolorowo pomalowany maluch.

- O rany! Może będą mieli łaty do dętki! – powiedziałam szybko do Miriam i zaczęłam machać rękoma do samochodu. Zatrzymał się tuż przy nas. Siedziało w nim… dwóch chłopaków.

-  Cześć! – powiedziałam do obu. – Nie macie czasami łatek?

-  Łatek? – powtórzył odruchowo kierowca, swoją drogą sympatyczny rudzielec.

- No! Takich do reperowania opon. Złapałyśmy gumę, mamy flaka, nie możemy jechać dalej, a wybrałyśmy się do grodziska… – opowiadałam. Chłopcy zaczęli wysiadać z auta. Pasażer też był niczego sobie…

- Który to rower? – zapytał kierowca.

- Mój – wskazała Miriam, a on spojrzał na nią i gdyby wzrok mógł się zmaterializować, wszyscy ujrzelibyśmy pewnie snop iskier. Rudzielec po prostu nie mógł oderwać oczu od Miriam. Albo przez kapelusik, albo przez blond włosy albo w ogóle przez to, że moja przyjaciółka jest śliczną dziewczyną…

- Popatrzmy – powiedział pasażer. – Kiepsko to wygląda. Igor, czy ty masz łaty? – zapytał skamieniałego kierowcę.

- Nie, nie mam łat! – przytomnie odpowiedział rudzielec, otrząsając się z zapatrzenia.

- To co my teraz zrobimy? – zapytałam. – Byliście nasza ostatnią deską ratunku. Maluchy najczęściej mają łaty w bagażniku, to jedyne chyba opony, które można  w ten sposób naprawić… – odarli mnie z resztek nadziei.

- Plan może być taki, – tłumaczył pasażer. Chyba zorganizowany z niego facet, co bardzo mi się w facetach podoba – zostawiacie tu rowery, wsiadacie do auta, jedziemy przez grodzisko do wsi i tam szukamy u sąsiadów łat. Wracamy, reperujemy i już.

- Ale jak mamy zostawić rowery? Ktoś je ukradnie! – zmartwiłam się. Miriam się nie odzywała, zajęta patrzeniem w oczy rudemu. Właściwie chyba oboje odlecieli na inną planetę. Na Ziemi zostałam ja i pasażer o nieznanym mi imieniu…

- Rowery ukryjemy w krzakach. Tu naprawdę niewiele osób chodzi do grodziska. Ostatnich turystów widziałem w zeszłym roku, na jesieni!

- Super, twój plan mi się podoba, kierowniku! – pochwaliłam go za szybkość.

- Mam na imię Tomek… – no, to wiedziałam przynajmniej, kto jest naszym wybawcą.

Wgramoliłyśmy się na tył samochodu, chociaż obawiałam się, że kierowca będzie zerkał cały czas na Miriam, zamiast na drogę, co się może źle skończyć… Moje obawy potwierdziły się. Aż dziw, że nie dostał zeza rozbieżnego! Dotarliśmy do grodziska. Tomek wskazał na ścieżkę, którą należy podążyć, by dotrzeć do tzw. majdanu. Okazało się jednak, że tylko my dwoje mieliśmy ochotę się tam udać. Pozostała dwójka stwierdziła, że… posiedzi w samochodzie. Tomek bardzo ciekawie opowiadał o grodzisku, ja jednak nie mogłam się skupić, myśląc cały czas, co też Miriam tam robi z Igorem. Kiedy wróciliśmy po jakiejś pół godzinie, oboje wydawali się zaskoczeni szybkością naszego zwiedzania. Przyjrzałam się więc bacznie ich twarzy. Wyglądali niewinnie, ale… W słońcu mignął brokacik w okolicy górnej wargi Igora. Miriam używa cienia do powiek z brokacikiem, taki bajerek makijażowy na lato. A więc… Musieli się chyba całować!!! Niepojęte, moja przyjaciółka mimo wielu strasznie zawziętych na nią adoratorów, nigdy nie zachowywała się w ten sposób. Komuś tu coś musiało zaszkodzić! Pojechaliśmy do wsi, tym razem ja siedziałam z tyłu wciśnięta obok wielkiego Tomka, a Miriam pyszniła się na siedzeniu obok kierowcy. Trzeba przyznać, że te maluchy to intymne samochody, ma się taki bliski kontakt z kierowcą… Tomek szybko znalazł łaty (w domu lub u sąsiada – nie pytałam), wsiedliśmy ponownie w auto i udaliśmy się ku naszym, porzuconym w krzakach, rowerom. Na miejscu Tomek zajął się reperacja oponki, ja mu dzielnie sekundowałam, a Miriam z Igorem? Szkoda gadać. Właściwie to oni niewiele ze sobą rozmawiali… Gapili się na siebie bez przerwy. Nie rozumiem, to chyba jest nudne po 5 minutach? Kiedy rowery były znów gotowe do jazdy, nadszedł czas rozstania. Chciałam się jakoś odwdzięczyć niespodziewanym wybawcom.

- Tomek, jeśli będziesz w mieście, daj znać, jestem, ci winna duże lody! Ciebie też zapraszam, Igor, w imieniu własnym i Miriam!

-  Zapraszasz, co? Aaaa, tak, tak, przyjedziemy, z Tomkiem. Dzisiaj, wieczorem, pasuje wam? – zapytał Igor nie odrywając wzroku od Miriam. O rany, nie spodziewałam się takiego tempa!!!

- Dzisiaj? – powtórzyłam niepewnie.

- Tak, tak, niech przyjadą dzisiaj – nagle odezwała się Miriam. Przecież będziemy w mieście za dwie godziny, cały wieczór jeszcze przed nami.

- No to jesteśmy umówieni! – powiedział raźno Igor, odzyskując werwę. Jakby ktoś czar nie z niego zdjął. – Do zobaczenia o ósmej, dziewczyny!

- Do zobaczenia! – powiedziała Miriam, machając kapelusikiem na pożegnanie.

- Co ci się stało? – zapytałam, gdy chłopcy zniknęli nam z oczu.

-  Nic.

-  Słoneczko ci przygrzało? Dziwnie się zachowujesz…

- Słoneczko? Nie, nie przygrzało. Mam kapelusik. Kapelusz pełen słońca – powiedziała Miriam, uśmiechając się do siebie.

Kapelusz pełen słońca? A co to za hasło? Ludzie, jestem pewna, że moja przyjaciółka zakochała się na zabój. Zakładacie się?

Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. wpina.pl

 

 

dziewczyna-telefon-170

Flirt komórkowy

Czy zakup telefonu komórkowego może w jakikolwiek sposób zmienić nudne życie nastolatki?

16 marca, sobota

Ledwo otworzyłam oko, przypomniałam sobie, że dziś są moje urodziny. Jakaż ja jestem już stara! 16 lat! Kawał życia poza mną! Została mi już tylko dycha, by zacząć się… jeszcze mocniej starzeć. Obumierają wtedy ponoć jakieś komórki, nie wiem dokładnie jakie i gdzie, ale czytałam w kobiecym piśmie mamci (już nie pamiętam, w którym). Pójdę więc sobie dzisiaj kupić urodzinowo-odmładzajacy prezent: jakiś piekielnie drogi krem do twarzy. Albo, taki na przykład, wzrost? Jeśli chodzi o mój wzrost na pewno przestałam już rosnąć. Udało się 170 cm, ale z takim krasnalstwem nie mogę przecież zostać modelką. Modelka, to ma dopiero życie! Ciuchy, podróże, muzyka (no, na wybiegu), ludzie, aparaty (fotograficzne), telefony (komórkowe), spotkania, sława, wielbiciele kupujący brylanty itp. I emerytura w wieku 30 lat! Eeeeehhh! Poranne marzenia (tym razem urodzinowe) przerwał mi, jak zwykle, Gigant. Wpadł do pokoju i wskoczył na moje łóżko, liżąc mnie po twarzy i piszcząc. Właściwie trudno powiedzieć, żeby sznaucer mógł piszczeć. Każdy dźwięk w jego wykonaniu przypomina raczej awaryjne burczenie kanalizacji.

-        Gigant! Złaź, nie wstaję, dzisiaj jest sobota! Na pewno nie pójdę z tobą na spacer. Jestem dzisiaj jubilatką i mam zamiar trochę pospać. Idź do Jacka! Albo do Pauliny! – wysyłałam psa do rodzeństwa. Przynajmniej raz ja mogę się powylegiwać! Ale Gigant miał własny patent na spędzenie tego poranka. Położył się przy moim łóżku. Dopiero teraz zauważyłam, że ma zawiązaną wspaniałą kokardę na szyi. Czerwoną!

-        Gigant, ty chyba wiedziałeś, że mam dzisiaj urodziny, no przyznaj się? – dopytywałam się zdumiona, patrząc w mądre psie oczy. Może kokardę zawiązała mu mama albo Paulina?

W tym momencie głowę do pokoju wsadził Jacek, mój starszy brat. Jest okropnie ważny, ma 19 lat, przedwąsowe ślady pod nosem i zazwyczaj nie gada z takimi smarkulami jak ja. Był jeszcze w piżamie.

-        Aśka, nie wstajesz? Nie chcesz zobaczyć jaki prezent urodzinowy czeka na ciebie?

-        Niby gdzie jest ten prezent? – zainteresowałam się szczerze spod kołdry.

-        W dużym pokoju…

-        A od kogo?

-        No przecież, że od kochającej rodzinki! – powiedział to jednak tak kpiąco, że uznałam to za żart. Akurat on pamiętałby o moich urodzinach?

-        Dobra, zobaczę po śniadaniu. A gdzie rodzice?

-        Chyba już wstali.

-        Zabierz Giganta, nie zamierzam wychodzić z nim dzisiaj. Możesz się nim zaopiekować?

-        Chyba żartujesz? Nigdzie nie idę. Ale dobra! Chodź, Gigant, księżniczka musi włożyć kapcie i założyć perukę… – nie mógł podarować sobie uszczypliwości! Nawet w dniu moich urodzin!

Kiedy tylko zamknęły się za nim drzwi, wyskoczyłam z łóżka jak z katapulty. Prezent! Prezent? Dla mnie? Czeka, może to prawda, prawda! Wciągnęłam dżinsy i w bluzie od piżamy wpadłam do dużego pokoju. Na stole stało średnich rozmiarów pudełko. Na minitelewizor do pokoju (moje ostatnie marzenie) jest ciut za małe, ale za to za duże na podręcznik albo słownik ortograficzny (cóż, moja rodzinka słynie z praktycznych prezentów). Otwierać, nie otwierać? Czekać na ofiarodawców? Może jakaś pompa jest szykowana, przemówienia, toasty? Wątpliwości rozwiała karteczka obok paczki: „dla naszej kochanej jubilatki, z okazji 16 Urodzin – kochająca rodzinka”. Otwieram! Papier ozdobny podarłam z niecierpliwości. Spod niego wynurzyło się pudełko. Hm… co to może… telefon komórkowy?! O rany!! Mocna rzecz, komórka! Jestem wreszcie cywilizowanym człowiekiem, nowoczesną kobietą! Aż usiadłam z wrażenia. Takiego prezentu się nie spodziewałam! Przeglądam wszystko, znajduję następną karteczkę od rodzinki -  „żebyśmy wiedzieli zawsze, gdzie jesteś, kochanie!” No tak, można będzie do mnie zadzwonić i powiedzieć np., żebym… kupiła po szkole ziemniaki! Ale co tam, mam telefon, własny! Czy to nie cudowny prezent?

17 marca, niedziela

Cały wczorajszy dzień zszedł mi na zabawie z telefonem. Musiałam sobie go poustawiać, wpisać do książki różne numery no i powysyłać SMS-y do znajomych, z informacją, że jestem stelefonizowana komórkowo i jaki jest na mnie namiar. Niektóre rzeczy były trudne. Poprosiłam Jacka, który ma swój od roku, by nagrał mi powitanie na poczcie głosowej, bo już to przecież robił. Musiałam potem wszystko kasować i sama nagrywać, bo to, co nagrał Jacek brzmiało tak: „Poczta głosowa Aśki jest zepsuta. Mówi jej lodówka. Wiesz co masz robić, gadaj! Spiszę to sobie i przyczepię magnesem na drzwiach. Aśka przeczyta to za trzy dni, bo teraz jest na diecie”. Czy to nie wariat, ten mój brat? W kolejnej próbie nagrania powitania, tym razem mojej, wpadł do pokoju Gigant i jego ujadanie nagrało się na telefonie. wszystko brzmiało więc mniej więcej tak: „Cześć, hau, hau, tu Aśka. Hau, hau. Wiesz, co masz robić, hau, hau, gdy usłyszysz sygnał hau, hau.” Znowu kasowanko i zabawa od nowa. Wreszcie w desperacji (naprawdę totalnej) nagrałam coś takiego: „Tu aparat zgłoszeniowy 13 posterunku. Masz prawo zachować milczenie. Jednak wszystko, co powiesz zostanie nagrane i może zostać użyte przeciwko tobie”. Oryginalne, nie? Prosto z amerykańskich kryminałów! Byłam z siebie dumna. Jacek zdradził mi jeszcze, że można sobie zainstalować melodyjkę dzwonka – jakiś fajny fragment przeboju (np. Britney Spears albo Backstreet Boysów). Ale nie chciał mi ściągnąć BB (dlaczego faceci nie lubią tego zespołu, niepojęte jest dla mnie), więc mam to, co JEMU się podoba – Mission Impossible! Nic to, jak sama się wszystkiego nauczę, utrę mu nosa! Wybiorę sobie taką melodyjkę, że Jackowi mina zrzednie! Potem pół wieczoru siedziałam przed lustrem z komórką, sprawdzając, czy inteligentnie wyglądam z nią przy uchu i jakie w ogóle robię miny, gdy rozmawiam przez telefon… Bardzo pouczające spostrzeżenia miałam…

18 marca, poniedziałek

Wreszcie poszłam do szkoły, z komórką! Nie wiedziałam wprawdzie, jak trzeba się zachowywać: czy powinnam ją wyłączać na lekcjach i włączać na przerwach, ale… I tak chyba jeszcze niewiele osób będzie do mnie dzwoniło, więc spoko. Zapomniałam też, że muszę nauczyć się PIN-u. Moja kumpela, Agnieszka z wrażenia aż zaniemówiła, gdy pokazałam jej telefon. Ale zaraz zapytała, kto płaci rachunki i tym pytaniem udało jej się zepsuć mi humor. No, bo właściwie to nie wiem? Mam ją opłacać z kieszonkowego?? Chyba impossible, tak jak ta mission. Gdy wracałam ze szkoły autobusem, ktoś do mnie dzwonił. Miałam jednak okazję przekonać się, że dno plecaka to nie jest najlepsze miejsce na telefon. Zanim się do niego dokopałam, złamałam sobie trzy paznokcie, wywaliłam z plecaka połowę rzeczy, a i tak dopadłam komórki, gdy akurat ktoś zrezygnował. Nie ma chyba nic bardziej irytującego, niż nagle umilkły telefon po tym, gdy z narażeniem zdrowia przekopało się torbę by go znaleźć, podpadając w dodatku współpasażerom… Za chwilę sygnał dzwonka się powtórzył, wszyscy w autobusie wlepili we mnie wzrok (ta „Mission Impossible”!), a ja z nonszalancką miną powiedziałam „halo”. To była jednak tylko moja poczta głosowa. Ktoś mi nagrał wiadomość! Niestety, kiedy doszło do miejsca „po sygnale” usłyszałam sapnięcie (chyba wyraz zdumienia?), nie rozpoznałam jednak, czy sapało po damsku czy po męsku. Po tym dźwięku nie było żadnej wiadomości. Czyżby powitanie było zbyt zaskakujące i zbijało z tropu moich rozmówców. No, kto to mógł być? Kto ma mój numer?

19 marca, wtorek

Wczoraj wieczorem doszłam do wniosku, że mam głupią tę odzywkę powitalną i nagrywałam ponownie nowy tekst. Tym razem, gdy ktoś chce się do mnie dodzwonić, może usłyszeć coś takiego: „Nie mogę z tobą rozmawiać, ponieważ mnie porwano. Zostaw swoje imię i numer telefonu oraz sto tysięcy w używanych banknotach”… No, przynajmniej jest krócej. Dzisiaj rano, gdy jechałam do szkoły, znów ktoś do mnie telefonował. Tak przynajmniej myślałam, ale to był nie mój telefon, a stojącego obok mnie chłopaka! Też ma „Mission Impossible”??? Może to jest znajomek mojego brata? Coś tam gadał do aparatu, ale nie mogłam usłyszeć, co, bo autobus bardzo hałasował. Ledwie skończył, zadzwoniło ponownie. On znów złapał za telefon, ale zerknął na wyświetlacz, a potem popatrzył zdumiony wkoło. Aha! To nie jego! Rany, to przecież mój teraz dzwoni! Miałam więc powód, by rzucić na niego okiem (triumfalnie). Powiedziałam cicho „halo” do telefonu. To była Aga:

-        Cześć, Aśka! Jedziesz do szkoły?

-        No, jestem w autobusie. Skąd dzwonisz?

-        Ze swojej komórki…

-        Masz telefon?

-        Uhm, od wczoraj. – a nic się, szelma nie przyznała, że kupuje! – No, to do zobaczenia w szkole, właśnie wchodzę! – i tyle pogadałyśmy. Trzeba krótko, bo rachunki rosną.

Chłopak z telefonem przysunął się do mnie bliżej.

-        Masz taką samą melodyjkę, myślałem, że to mój dzwoni.

-        Ja też myślałam, że to mój, kiedy dzwonił twój…

-        Pierwszy raz słyszę, żeby dziewczyna miała nagraną „Mission Impossisble” zamiast Backstreet Boysów, na przykład!

-        Ja też pierwszy raz słyszę, bo melodyjkę nagrywał mi brat.

-        Fajnego masz brata!

-        Polemizowałabym – ledwie udało mi się powiedzieć takie trudne słowo, dopiero niedawno się go nauczyłam. – Ale jak chcesz, to cię z nim poznam!

-        Nie, dzięki, ja zaraz wysiadam.

-        Ja też. Chodzisz gdzieś w pobliżu do szkoły?

-        Tak, do siódemki.

-        O rany, ja też!

-        Ja dopiero od dwóch tygodni.

-        Ja trochę dłużej… – Jest chyba ode mnie młodszy? Że też nie mogę poznać nigdy prawdziwego, dorosłego mężczyzny! Chociaż ten wyglądał całkiem sympatycznie.

-        No to będę miał nową koleżankę w szkole. Jeszcze niewiele osób tu znam.

-        Wysiadamy? To nasz przystanek! – Wypadliśmy oboje z autobusu. Ledwie pokonaliśmy kilka metrów w stronę budynku szkoły, zadzwonił telefon. Oboje chwyciliśmy za aparaty i jednocześnie się roześmialiśmy. Tym razem znowu dzwonił mój.

-        Aśka? Tu Aga. No, co tak wolno? Z kim ty idziesz do szkoły? Widzę cię z okna!

-        Nie interesuj się! – przecież nie będę jej teraz wszystkiego opowiadać!

-        Ojej, jaka jesteś sympatyczna. Fajnie wygląda ten men, ale chyba go nie znam. Kto to?

-        Dobra, Aga, pogadamy potem. – Rozłączyłam się. Moja przyjaciółka jest niemożliwa. Będzie mnie tu nagabywać telefonicznie!

-        Do której chodzisz? – Zagaiłam rozmowę z „misją niemożliwą”

-        Do „D”. A ty?

-        Do „C”. Dasz mi swój numer telefonu? – Jejku, co mi strzeliło do głowy! j I aka ja jestem odważna!!!

-        Jasne. A w ogóle to mam na imię Marcin.

-        Ja jestem Joanna, ale wszyscy mówią do mnie Aśka.

-        No i masz fajnego brata. Widzisz, ile o tobie wiem?

-        Ale nie znasz jeszcze mojego numeru telefonu…

-        To nie problem, możesz podyktować? – zaczął szukać książki telefonicznej w aparacie.

-        Tylko nie dzwoń do mnie na lekcji!

-        No coś ty, od razu się nagram na poczcie.

20 marca, środa

Ależ ten Marcin to jest numer! Nagrał mi się już wczoraj, wieczorem. „Tu porywacz, proszę nie dzwonić więcej w sprawie okupu. Porwana jest dla mnie bezcenna”. Ciekawie się zapowiada ten flirt telefoniczny, Aga pęknie z zazdrości! No i chyba uściskam Jacka za tą jego stukniętą „Mission Impossible”… Gigant! Gigant zostaw to!!!! Gigant zostaw mój telefon, to nie jest kanapka!!!!

Uwaga! Autorka dziennika informuje, że nie był on sponsorowany przez żadną z sieci telefonii komórkowej, a szkoda…

Tekst: Beata Łukasiewicz©, zdj. itbiznes.pl

29780011211651534107617

Trudny wybór

Gosia i Iza przyjaźnią się od lat. Ich przyjaźń zostaje jednak wystawiona na próbę: Iza zakochuje się bez pamięci w Leszku. Gosia uważa, że chłopak jest dla niej nieodpowiedni i za wszelką cenę usiłuje otworzyć Izie oczy…

Caluteńką noc nie spałam. Wcale nie dlatego, że była burza, waliły pioruny i wiatr potępieńczo świszczał za oknem. Raczej przez telefon od Izy. A było tak: późnym wieczorem zadzwoniła moja ukochana przyjaciółka. Po normalnej wymianie relacji z całego dnia, już prawie kończyłyśmy rozmowę, gdy Iza zaczęła dziwny temat:

-        Wiesz Gosiu, hm, my z Leszkiem planujemy wakacje…. (tu serce mi prawie stanęło!)…. To znaczy, chcielibyśmy pojechać gdzieś razem, pod namiot, nad morze… Byłoby tak romantycznie… Ale nie mogę przecież przyznać się rodzicom! Powiedzą… no, wiadomo, co! Więc wymyśliliśmy, że dla nich będzie, hm, „wersja specjalna” (tu moja intuicja włączyła syrenę!). Powiem im, że… to my dwie wyjeżdżamy. Razem, rozumiesz? Oni ci ufają, wiedzą, że z tobą nie narobię żadnych głupstw, więc na pewno nie będą mieli obiekcji…

-        Ale ja…. – zaczęłam.

-        Poczekaj! Oczywiście, ty z nami nie pojedziesz, to tylko taki kamuflaż, no wiesz? – kontynuowała Iza.

-        Rozumiem….- powiedziałam ściśniętym na supeł gardłem.

-        Będę mogła spędzić 2 cudowne tygodnie z Leszkiem. Zrobisz to dla mnie, prawda? Zgódź się, proszę. To takie niewinne kłamstwo…

-        Niewinne? – wyjąkałam.

-        No tak, niczym nie ryzykujesz. Zresztą, nie męczę cię dłużej, jutro o tym pogadamy! Pa, dobrej nocki! – Gosia szybko odłożyła słuchawkę. Chyba nie czuła się za dobrze z tą propozycją…

Ja się czułam jeszcze gorzej. Miałam co najmniej dwa powody. Po pierwsze: nie znoszę tego jej Leszka! Uważam, że to playboy, który chce uwieść moją przyjaciółkę, a ona jak ta ćma leci do światła, które ją oparzy. Już zapomniała, że po pierwszej z nim randce przybiegła do mnie zapłakana? Czekała na niego w parku przez ponad godzinę, a ten patafian nie przyszedł. Potem tłumaczył się, że „coś mu wypadło”. Ja uważam, że są telefony i zawsze można uprzedzić lub odwołać spotkanie. Już wtedy mi podpadł, od pierwszego razu…. Potem miał jeszcze inne wpadki. Dyryguje nią. Decyduje, z kim Iza ma się spotykać, przyjaźnić. Jaką ma wkładać spódnicę i czy ma malować oczy. Na ogół Leszek nigdy nie ma pieniędzy, więc Iza musi płacić za wypady do kina czy klubu. A i w klubie to zazwyczaj siada w kącie ze swoimi kumplami i gada godzinami o dziwnych „interesach” albo o piłce nożnej. Iza wtedy się nudzi. Niech tylko jednak ktoś spróbuje ją poprosić do tańca! Wtedy gotów jest się nawet bić, wywołuje awantury. Traktuje Izę jak swoją własność, podnóżek i szmatkę. Jakiś koszmar, nie facet, skąd ona go wytrzasnęła! Sądzi, że wszystko mu się od życia należy, bo śliczny taki i ma powodzenie. A dla mnie to prostak. I nudziarz okrutny. Nasze „normalne” towarzystwo ziewa, gdy tylko Leszek dorwie się do głosu. Tylko nie Iza – wpatrzona w niego z zachwytem jak w jakiś deser… Już kilka razy próbowałam jej udowadniać, że to nie dla niej chłopak. Na próżno. Iza twierdzi, że Leszek jest taki, jaki jest, a zazdrosny, bo… ją kocha! Ja jednak myślę, że to nie zazdrość, a wstrętna zaborczość i wręcz dyktatura. I jaka tam miłość! Już ja wiem, o co mu chodzi. A Iza w gruncie rzeczy dumna jest z tego, że tak publicznie jest adorowana. Całkiem zgłupiała ta moja śliczna, mądra dotąd przyjaciółka. Zaczynam wierzyć w to, że „miłość jest ślepa”…

Drugi powód mego złego samopoczucia tej nocy, to fakt, że Iza namawia mnie do kłamstwa i oszustwa wobec jej rodziców. Bardzo ich lubię i szanuję, znam od lat, oni mnie bardzo lubią. Ufają mi. Twierdzili zawsze, że to ja temperuję nierozsądek ich córki. I ja mam tych miłych  ludzi teraz oszukać?! Dla tego palanta?! Bo ja przecież wiem, jakie to „wakacyjne” zamiary ma Leszek – po prostu chce wykorzystać Izę. A ona może tego do końca życia żałować! Co więc robić? Jeśli się nie zgodzę – Iza obrazi się na mnie, może nawet zerwie wszelkie kontakty i przestaniemy być przyjaciółkami. Jeśli się zgodzę – postąpię nie fair wobec rodziców i zagłuszę własną intuicję, która każe mi ratować przyjaciółkę!

Z takimi myślami biłam się całą noc… Następnego dnia Iza umówiła się ze mną w kafejce  „Czarny kot”. Pewnie chciała ze mną jeszcze o tej sprawie pogadać, może mnie przekonać. Poszłam. Już w pierwszej minucie się wkurzyłam, bo zobaczyłam, że jest też  Leszek. A myślałam, że będziemy same…

- No cześć wam – powiedziałam, przywdziewając maskę życzliwości. Zobaczymy.

-        Cześć! – odpowiedzieli.

-        Słyszałem, że popierasz nasz plan… – zagaił Leszek.

-        Na razie się nie wypowiadałam – przypomniałam.

-        W każdym bądź razie chyba nie ma nic złego w tym, że chcemy być razem, no nie, Gosiu? Chcemy tylko, byś nas wsparła u rodziców Izy…

-        Chyba nie uważasz, że rodzicom należy wszystko opowiadać? Mam im się przyznać, że chcemy razem wyjechać? Taka szczerość nie popłaca. Przecież od razu się nie zgodzą, mają takie założenia. A my przecież jesteśmy dorośli. I kochamy się! – wtrąciła się Iza, czule patrząc na tego kretyna.

-        No tak, ale chcecie mnie w to wszystko wkręcić. Zrzucić na mnie odpowiedzialność i swoje wyrzuty sumienia… – powiedziałam złowieszczo.

-        Bzdura! Jakie wyrzuty? Gdyby rodzice byli tacy, że warto im mówić prawdę, to by się im mówiło. A tak: sami chcą, by ich okłamywać! – powiedział Leszek stanowczo.

-        Czy ty znasz Izy rodziców? Chyba nie, a szkoda. To bardzo fajni ludzie. I nie do końca jest tak, jak mówisz. Wojna z rodzicami to nic przyjemnego. A może po prostu nie powinniście się tak spieszyć? Jesteście ze sobą dopiero miesiąc i już takie plany? Wspólne wakacje, może wspólne życie? – zaczęłam być złośliwa, ale mnie poniosło.

-        Gosia, chcemy pojechać razem i już. Pomóż nam zrealizować ten plan, to wszystko. Udawać przed moimi starymi, że wybieramy się na wakacje. Po co ta dyskusja? Przecież nie proszę cię o pożyczkę, tylko o małe kłamstwo… – naciskała Iza.

-        Taaak, maleńkie. Może. Ale… na mnie nie liczcie! – powiedziałam zdecydowanie i wstałam od stolika.

-        Nie zgadzasz się więc? – upewniała się.

-        Nie. Przykro mi…

Iza nie odzywała się do mnie przez cały następny miesiąc. Domyśliłam się, że jest to kara za moją nielojalność. Straciłam przyjaciółkę. Widywałam ją czasem z daleka, ale zawsze z Leszkiem. Ciekawe, czy nadal spóźniał się na randki i komu teraz ona wypłakiwała swoje rozczarowanie? I pewnie nadal starają się wypełnić swój wakacyjny plan, ciekawe jaki teraz mają pomysł… Gdybym tylko miała dowód, że Leszek jest naprawdę beznadziejnym facetem i że wcale jej nie kocha… Mogłabym odzyskać przyjaciółkę. Czas naglił, zaczął się czerwiec. Pewnego ślicznego wieczoru wracałam właśnie do domu, gdy na skwerku pod domem ujrzałam… Izę. Siedziała sama na ławce, głowę miała spuszczoną, nie widziałam jej twarzy. Uradowałam się, że wreszcie jest bez „bodygarda” i postanowiłam wykorzystać sytuację. Przysiadłam obok:

-        Cześć, Iza… – powiedziałam cicho. Gdy moja eks-przyjaciółka uniosła twarz, zobaczyłam, że płakała, bo miała ślady łez na policzkach. – Co się stało??!!

-        Wiesz, pierwszy raz mi się to zdarzyło…

-        Ale co?

-        Zrobił mi awanturę, że bluzka ma za duży dekolt…

-        Nie wierzę, że pierwszy raz zrobił ci awanturę o bluzkę!

-        Nie, to nie pierwsza awantura, ale pierwszy raz tak mocno mi ścisnął w złości nadgarstek – tu wyciągnęła rękę i ujrzałam opuchliznę oraz wielki siniak. – Po prostu wpadł w szał i ścisnął mi rękę, jak w kleszczach. I powiedział takie niemiłe słowa.

-        Zawsze ci mówiłam, że to palant!

-        A ja ci nie wierzyłam, wiem. Wcześniej wydawało mi się, że to takie urocze, te jego awantury… Nie sądziłam, że może być taki wstrętny…

-        To dużo było tych awantur?

-        Prawie codziennie… Wiesz, zawsze z mojej winy, bo dawałam mu powód…

-        Nie, to nawet nie jest śmieszne! A teraz się wziął do rękoczynów, damski bokser! Dzisiaj tylko ścisnął nadgarstek, a jutro by cię uderzył. Ciekawe, co by się działo, gdybyście pojechali razem na wakacje! Codzienna tresura!

-        Wiesz… – chlipnęła – nie byłoby chyba tak romantycznie, jak sobie wyobrażałam…

-        To nie był chłopak dla ciebie, Iza. Co cię zaczarowało? Przecież marzyłaś o delikatnym i wesołym chłopaku, który obdarzy cię czułością. Leszek nie jest taki…W dodatku jest taki ograniczony… I przenudny! A, zresztą dość o nim. Chodź, pójdziemy do mnie, napijemy się coli… I zaplanujemy NASZE wakacje!

-        Jasne! – uśmiechnęła się wreszcie. – Jak ja mogłam chcieć zamienić ciebie na niego???

Tekst: Beata Łukasiewicz©, zdj. bravo.pl