0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Kobieca intuicja czasami jest omylna. Basia myślała, że Walentynki okażą się szarym, zwykłym dniem jak każdy inny, a tu tymczasem…

Obudziłam się dzisiaj z przeczuciem, że nic, ale to kompletnie nic się nie wydarzy. A szkoda, bo są w końcu Walentynki! Przyjemnie byłoby dostać od kogoś miłą, miłosną karteczkę… Maleńki, najmniejszy znak, że ktoś o mnie myśli, marzy, że ktoś mnie w ogóle zauważył… – wzdychając ciężko nad swym losem „solistki” powlokłam się, na wpół jeszcze śpiąca, do łazienki. Lustro od razu rzuciło mi się w oczy. Całe było zamazane czerwonym kolorem, który tworzył chyba jakieś napisy. Włożyłam wyciągnięte z kieszeni piżamy okulary i ze zdumieniem spostrzegłam, że na lustrze jest namalowane szminką wielkie serce oraz napis w nim: „KOCHAMY CIĘ, BALBINKO!”. A niech to, moja niepoważna rodzinka (w liczbie osób czterech – mamy, taty, babci i starszej siostry) musiała pamiętać jednak  o Walentynach. Tylko wkurzyło mnie, że wszyscy z uporem maniaków nazywają mnie Balbinką! A ja mam na imię Barbara. No i jestem już za duża na takie zdrobnienia! Bliższe oględziny serca na lustrze i napisów wykazały, że moi fani, by dokonać dzieła, zużyli do cna jedyną, jaką posiadam, pomadkę w czerwonym kolorze. Poza tym kto ma yo teraz umyć???

Wygrzebałam się wreszcie do szkoły, zostawiając zabazgrane lustro, bo Walentynki Walentynkami, ale fizyczna maniaczka, czyli Prądnica zapowiedziała na dziś test. Wybiegłam za kwadrans ósma i wsiadłam do windy. Piętro niżej dosiadł się Maciuś z Kajtkiem czyli mój kumpel-dziesięciolatek ze swoim rozbrykanym kundelkiem. Kajtek jak zwykle natychmiast wskoczył na mnie, radośnie machając ogonem i drąc mi rajstopy łapami.

-        Maciuś, trzymaj go, no widzisz, widzisz co on zrobił??? A ja już jestem w niedoczasie!

-        Oj, przecież zawsze drze ci te twoje dziewczyńskie rajstopy czy coś tam. Może on nie lubi rajstop?

-        A co lubi? Pończochy samonośne? Jaki ma wyrafinowany gust, pomyślałby kto!

-        Co znaczy wyrafinowany? I pończochy samonośne? – dopytuje się Maciuś.

-        Innym razem ci wytłumaczę. Dobra, pędzę, bo się spóźnię do budy!

-        Kajtek i ja składamy Ci życzenia walentynkowe – krzyknął za mną Maciuś i uciekł w te pędy. No proszę, nawet takie małe pikusie jak Maciuś wiedzą, że dzisiaj składa się wyrazy hołdu damom!

Na przystanek wpadłam, rozglądając się za autobusem. Ani widu. Stał za to ten okropny Aleksander zwany Wielkim, facet z klasy wyżej, chodzący Brad Pitt, opędzający się od dziewczyn rękami i nogami. Obrzydliwość – zarozumialec i w ogóle nie ta kategoria. Niestety… przystojny! Nie zostaliśmy sobie oficjalnie przedstawieni, więc się sobie nie kłaniamy, chociaż ja wiem, kto on zacz. Nie  podejrzewam, by on w ogóle znał moje imię, albo zarejestrował, że chodzimy do tej samej budy, w dodatku z  tego samego przystanku. Przecież nie należę do „topowych” dziewczyn w naszej szkole. Nie było za dużo ludzi, więc widocznie moje podarte rajstopy musiały mu się rzucić w oczy, bo popatrzył na moje nogi, potem ciut wyżej powędrował jego wzrok, aż… nasze oczy się spotkały. Oczy to on ma, że niech go! – pomyślałam sobie, by jakoś opanować dziwne drżenie, w  które wpadło moje serce. On jakby się nad czymś zastanawiał. Nie dowiedziałam się nad czym, bo podjechał wreszcie autobus i wskoczyliśmy różnymi drzwiami. Na szkolnym przystanku wysiadłam i nie oglądając się za siebie, pobiegłam. Byłam strasznie spóźniona.

-        Gdzieś ty się podziewała? – szeptem skarciła mnie Justyna, gdy sadowiłam się koło niej w ławce, przeprosiwszy nauczycielkę za spóźnienie.

-        Nie mogłam się wygrzebać!

-        Zauważyłam, że masz podarte rajstopy!

-        Mhm, to Kajtek…

-        Jakiś napalony adorator? - dopytuje się Justyna.

-        No coś ty! To pies Maciusia!

-        Aaaaaaaaa, ten psi wariat… – Justyna była wyraźnie rozczarowana. Spodziewała się widocznie jakiejś walentynkowej opowieści. – A ja dostałam trzy kartki! – pochwaliła się nagle.

-        Żartujesz?

-        No coś ty! Patrz! – wyjęła z zeszytu wspomniane przesyłki.

-        Dostałaś je pocztą?

-        Nieeeee, leżały na mojej wycieraczce…

-        To dziwne, aż trzech osobników pofatygowało się do ciebie na wycieraczkę, by podrzucić kartki? – prowadziłam śledztwo.

-        Widocznie…

-        Dziewczyny, proszę o spokój! – zezłościła się na nas nauczycielka, prowadząca lekcję. – Pogadacie sobie na przerwie!

Na przerwie, niestety temat Walentynek był kontynuowany.

-        A Ty, Bacha, ile kartek dostałaś? – drążyła Justyna.

-        Zero. Napis na lustrze się chyba nie liczy…

-        No nie.

-        A wyznanie dziesięciolatka?

-        Nie przesadzasz? Zadajesz się ze zbyt młodymi facetami! – prychnęła.

-        Chciałabym się zadawać z JAKIMIKOLWIEK mężczyznami… – wyznałam jej w desperacji.

-        Eeeeee, nie przejmuj się. Na pewno coś się rozwinie… – rzekła bez namysłu Justyna. Ale nie wyjaśniła, z czego się coś ma rozwinąć, a chętnie bym się dowiedziała…

I nagle stała się rzecz zadziwiająca. Na swój walentynkowy sposób niby możliwa, ale dla mnie  – całkowicie jak z bajki o Kopciuszku! Pod koniec tejże przerwy podchodzi do mnie Aleksander, zwany Wielkim, i podając mi jakąś płaską paczuszkę mówi:

-        Coś mi się wydaje, że zamiast Walentynki bardziej przydadzą ci się dzisiaj rajstopy?

-        Skąd wiesz? – zapytałam nieprzytomnie.

-        Przecież widziałem, w jakim stanie byłaś na przystanku…

-        A w jakim ona była stanie? – zapytała oszołomiona Justyna, która widać szybciej ode mnie doszła do siebie po tym objawieniu.

-        W stanie wskazującym na spożycie przez… jakiegoś psa! – odparłam zamiast niego, by nie myślał sobie, że nie stać mnie na rajstopy, albo że jestem taka niechlujna.

-        Pomyślałem, że w kiosku znajdę jakąś tymczasową parę, która nie pozwoli ci zmarznąć…

-        To miłe… – powiedziałam biorąc pakunek, i chciałam powiedzieć więcej, ale mi przerwano.

-        To ty się znasz na damskich rajstopach? Skąd wiedziałeś, jaki rozmiar? Sprawdź, Baśka, czy dobry! A może to pończochy samonośne, albo nie ten den, za cienkie na luty? – z Justyny kaskadą wylewały się znaki zapytania. Chyba była troszeczkę zazdrosna…

-        Darowanemu walentynkowo koniowi w zęby się nie zagląda! – zezłościłam się na moją przyjaciółkę i jej zadufany ton głosu.

-        Trochę się znam na rajstopach, bo mam dwie siostry… – przyznał się w międzyczasie Aleksander, uśmiechając się do mnie porozumiewawczo.

-        No widzisz, zagadka się wyjaśniła – zwróciłam się kpiąco do Justyny. – A jak Tobie się odwdzięczę za taki dowód troski o moje zdrowie? – zapytałam Aleksandra.

-        Niech pomyślę…

-        Kup mu skarpetki! – podpowiedziała teatralnym szeptem Justyna.

-        Wiesz co, idź je sobie najpierw załóż i sprawdź, czy dobry wybrałem rozmiar. O reszcie pogadamy na następnej przerwie – powiedział Aleksander i zostawił nas.

-        Jeju, ale numer! – prawie wrzeszczała zaaferowana Justyna. – Aleksander Wielki kupił Baśce walentynkowe rajstopy!

-        Czy chcesz donieść o tym całej szkole? – zapytałam ze spokojem.

-        Bacha, ale czad, wiesz ile dziewczyn chciałoby, żeby on choć na nie zerknął przypadkiem! A tu jeszcze taka walentynka!

-        Ty też byś chciała?

-        Ja…ja? Ja??? Yyyyy… – Justyna straciła całkiem fonię.

-        Prawdę mówiąc, to jego spojrzenie mnie całkiem roztapia – przyznałam się.

-        No właśnie! – no i miałam jasność w tym temacie. Przynajmniej wiem, że będę miała rywalkę o względy Aleksandra. – No, to idę założyć te rajstopy… – zostawiłam Justynę na korytarzu.

Okazało się, że rajstopy są całkiem przyzwoitej jakości, do koloru i rozmiaru też nie miałam zastrzeżeń. Co za skarb z tego Aleksandra – nawet potrafi kupić damską rzecz! Na kolejnej przerwie podszedł do mnie znowu i oznajmił, że już wie, czego zażądać za rajstopową walentynkę. On też chce dostać walentynkę! Oj, będę musiała wymyślić coś oryginalnego i to jeszcze dzisiaj, by zmieścić się w czasie. Wygląda jednak na to, że Walenty generalnie przyniósł mi szczęście – Aleksander najwyraźniej mnie dostrzegł i ma chęć ten kontakt jakoś podtrzymywać lub nawet rozwijać? Justyna za to stała markotna w kącie.

-        Co się stało?

-        Nic. Tylko… tylko… te wszystkie moje kartki… to…. to  pisała jedna osoba….

-        Ojej, jedna też jest cenna. Dobrze, że chociaż jedna! – pocieszałam ją. Widocznie gdy ja zmieniałam rajstopy, ona sobie coś przemyślała.

-        Ale właściwie…. to …. to… ja je sama napisałam! – ufff, wydobyła to z siebie!

-        Nie szkodzi. I tak cię lubię, inaczej bym się z tobą nie przyjaźniła, prawda? Daj spokój, to nie ma dla mnie żadnego znaczenia. Sama widzisz – szczęście może przyjść nagle.

-        I w… rajstopach – powiedziała Justyna przez łzy.

-        No właśnie…

Walentym, tak pracowicie przynoszącym mi szczęście, jest chyba… Kajtek. Po szkole więc wybrałam się do mojego kumpla, Maciusia, by Kajtka jakoś ukochać. Kupiłam mu Pedigree – na pewno w życiu nie jadł takich psich frykasów. Maciuś, kiedy mnie zobaczył, przestraszył się, że przyszłam po pieniądze na rajstopy albo na te tam… pończochy.

-        Gdzie jest Kajtek? – zapytałam.

-        W drugim pokoju. Zamknąłem go, żeby ci nic nie podarł!– odparł Maciuś.

-        No to go wypuść! Może sobie drzeć do woli! Im więcej nadrze, tym lepiej!

-        O rany, jesteś pewna?

-        Jasne! Podarte rajstopy przynoszą szczęście i niechaj od dzisiaj wiedzą to wszystkie panny – powiedziałam proroczo i poszłam szaleć z Kajtkiem. Jutro czeka mnie cudowny, cudowny dzień. I jest mi obojętne, w jakich on będzie rajstopach…

Tekst: Beata Łukasiewicz, zdj. e-lady.pl

Print Friendly