0 Flares Twitter 0 Facebook 0 0 Flares ×

Paczka przyjaciółek wpada na pomysł zorganizowania wieczoru miłosnych wróżb. Mają podręcznik magii i dobre chęci. Czy jednak czary to tylko zabawa? A może sposób ingerowania w losy świata (albo przynajmniej w losy zakochanych?)

-        Dziewczyny! Mam pomysł na babski superwieczór! –  na dużej przerwie podbiegła do nas rozentuzjazmowana Agata, trzymając w ręce jakąś kolorowa i dość opasłą książkę.

-        „Ale nudy!” – jęknęłam w duchu. Nie ma dla mnie nic nudniejszego od babskich wieczorów, gdy gada się tylko o ciuchach, kosmetykach, no i oczywiście o chłopakach oraz seksie, o którym żadna z nas nie ma bladego pojęcia, ale bijemy pianę, bo to fajny temat…

-        Tak? A jaki? – grzecznie zainteresowała się, stojąca obok mnie Małgośka.

-        No, przecież nadchodzą Andrzejki! Wieczór Andrzejkowy, pamiętacie?!

-        To jaki to babski? – rezolutnie zapytała Ewka. – Trzeba przecież zaprosić jakiegoś Andrzeja!

-        No, w tym sensie, że właśnie bez facetów, bo będziemy sobie wróżyć!  Cały wieczór! Albo i noc – rozpalała się Agata, postukując dłonią w trzymaną przez siebie książkę.

-        „Sekrety miłosnej magii”? – przeczytałam na głos tytuł. – Brzmi ciekawie… Co to jest? Biały kruk? Spadek po ciotce – wiedźmie, w komplecie z miotłą? Czy może prezent od Cyganki?

-        No coś ty, Aga, kupiłam w księgarni!

-        Magia z księgarni? Pierwsze słyszę!

-        A co, może liczy się tylko ta z Internetu?! – odparowała Agata, znając moją słabość do surfowania.

-        Nie, tyle że magia jest dla wtajemniczonych, no wiesz, wybranych, jedynych, a ty tak zwyczajnie – książkę w księgarni kupiłaś… – broniłam się.

-        A ty byś wolała poczytać o niej w Harrym Potterze? – nacierała Agata.

-        Dajcie spokój! Pokaż to wiekopomne dzieło -  Małgośka nas uspokoiła, biorąc od Agaty książkę i wertując strony. – Hmmm, napoje miłosne…. amulety…. jak zafascynować kochanka… Nieźle! Wcale nieźle! – zamknęła z trzaskiem książkę i spytała: – To u kogo te Andrzejki?

-        No u mnie… Przyjdziecie? Na dwudziestą? – dopytywała się pomysłodawczyni.

-        Trzeba będzie chyba coś ze sobą przynieść…. – mruknęła Ewka. – Samymi czarami człowiek się nie naje…

Spóźniłam się dobre pół godziny, wszystkie dziewczyny już były. Agata w zamotanej na głowie chuście z cekinami wyglądała, hmmm, dość egzotycznie. Moje pozostałe przyjaciółki nie były gorsze: w szyfonowych peniuarach i turbanach. Nie wiedziałam, że mają tyle magicznego polotu! Ja przyszłam w dżinsach i trampkach, jak to ja. Wystarczyło mi jednak tylko 5 minut obserwacji, by zdiagnozować kompletne ześwirowanie osobniczek. Wszystkie trzy popijały zgodnie jakiś obrzydliwie cuchnący napój z ziół (rzekomo czarodziejski) i zgromadziły taką ilość kolorowych świec, jakby miały zamiar otworzyć sklep z parafiną… Ewa miała pomalowane na czarno paznokcie. Małgośka pożyczyła od swojej sąsiadki czarnego kota, Kazia, który wyrywał się wszystkim z rąk i usiłował z godnością opuścić to dziwaczne towarzystwo. Był jedyną tu, żywą istotą, z którą mogłam wymieniać kpiące spojrzenia… Agata namalowała sobie na czole „trzecie oko”, by móc wejrzeć w przyszłość. Zamiast w szklaną kulę wtapiała się intensywnie w szklankę. Istny obłęd! W dodatku na stole nie było kanapek, a tylko duża ilość różnych nieprzetworzonych produktów typu: jabłka, jemioła, pomarańcze… Od początku, gdy weszłam stawiały sobie tarota. Z nudów wzięłam książkę do ręki. „Sekrety miłosnej magii” zaczynały się od czarów. Poczytajmy… Czar kubański, na przykład…

-        Dziewczyny, ależ ta książka to bzdury! Posłuchajcie…

-        Aga, przestań, właśnie stawiamy sobie tarota… – zaprotestowała Agata.

-        Ale przeczytam wam tylko jeden czar, kubański! „Weź dynię, wydrąż ją i włóż pięć pazurów koguta…”

-        To chyba trzeba iść do drobiarskiego – zauważyła Ewka. – A i to nie wiadomo, czy pazury nie będą kurze…

-        Słuchajcie dalej: „dorzuć jajko, majeranek, wodę kolońską…

-        W butelce czy kropelkami? – zainteresowała się Małgośka.

-        „… i pukiel włosów ukochanego. Potem napluj trzy razy i trzymaj dynię przez 10 dni, zakopana w ogródku. Po tym czasie wykop ja i wrzuć dynię do rzeki” – ostatnie słowa ledwie już czytałam, dusząc się ze śmiechu.

-        Co ten czar miał dać? – spytała Ewka.

-        „Opierający się kochanek wkrótce powróci” – przeczytałam.

-        No, to trzeba mieć chociaż opierającego się kochanka. A jak ktoś go wcale nie ma, to co? – Ewa była dociekliwa.

-        To możesz zastosować czar cygański! „Na cebuli lub główce czosnku napisz imię wybranego ukochanego, posadź ją w doniczce z czerwonej cegły i czekaj aż zakwitnie. Podlewaj o wschodzie i zachodzie”, tamtaramtam… recytując, oczywiście, specjalne zaklęcie.

-        No, ten jest przynajmniej łatwiejszy… Agata, masz cebulę?  – Ewa najwyraźniej była zdecydowana kogoś sobie dziś wyczarować…

Rozstałyśmy się o północy, jak zawodowe wiedźmy. Każda wracała do domu z ostatnim naszym czarem: czerwonym jabłuszkiem, nakłutym kilkakrotnie igłą (każda recytowała wtedy imię przyszłego ukochanego). Naszym zadaniem było teraz spać z jabłkiem pod poduszką (o rany, co za bzdury, jak w księżniczce na ziarnku grochu!), a rano rozdrobnić owoc i upiec z nim… szarlotkę! Potem wystarczy poczęstować magicznym ciastem wybranego chłopaka, by zakochał się na zabój. Proste, nie? – „Cóż to za czary?” – pomyślałam idąc do domu przez ciemne uliczki. –„ Toż to zwykłe: przez żołądek do serca, a nie magia miłosna. Magia kulinarna, co najwyżej…” Na wpół śpiąca wrzuciłam jabłko pod poduszkę, bardziej z tego względu, że nie wiedziałam co z nim zrobić (zjeść, wyrzucić?), niż w nadziei na spełnione życzenie. Nie mogłam zresztą, żadnego imienia podczas nakłuwania wyrecytować, bo nie miałam na oku w tej chwili żadnego konkretnego mena.

Wstałam za późno i pędem rzuciłam się do łazienki. O pieczeniu szarlotki, albo zrobieniu choćby kanapki z jabłkiem nie mogło być mowy. Złapałam ponakłuwane, czerwone jabłuszko, by chociaż mieć co przegryźć na pierwszej przerwie, gdy głód mi dokuczy. Wpadłam do klasy w ostatniej chwili, rzucając plecak na ławkę. W tym momencie wytoczyło się spod niedomkniętej klapy czarodziejskie jabłko i popędziło wprost do ławki „Bossa”, potwornego faceta, którego osobiście i z premedytacją nie znosiłam. Był zawsze arogancki i niebezpieczny. Pół klasy się go bało, drugie pół było w jego bandzie. Boss podniósł jabłko, spojrzał na nie ze zdziwieniem (te dziurki od igły!) i zaczął wycierać skórkę o swoją flanelową koszulę.

-        Zostaw, to moje jabłko! – powiedziałam odważnie. Boss bez mrugnięcia powieką wbił zęby w skórkę…

-        O rany! – powiedziała Małgośka, poznając magiczne jabłko. Nie wiedziałam, czy mam się śmiać, czy bać.

-        Smacznego… – przekąs w moim głosie wcale mi nie wyszedł. Boss odwrócił się do mnie plecami, kończąc tym samym „audiencję”.

 

Na przerwie podeszły do mnie moje wiedźmy.

-        To było jabłko z wczoraj? – upewniała się Agata.

-        Tak, przecież nie zdążyłam nic z nim zrobić! Nie upiekłam szarlotki! – tłumaczyłam się.

-        To co teraz będzie?- troszczyła się Ewka.

-        A co ma być? Nico!

-        Ale on to zjadł. Zakocha się! W tobie, bo to twoje jabłko!

-        Zwariowałaś? Nawet gdyby wciął krokodyla, zmielonego na afrodyzjak, tylko by czknął i już! – powiedziałam ze złością. Wcale nie chcę, by Boss mnie prześladował.

-        Zobaczymy. Nie igra się z magią. Mogłaś zostawić jabłko w domu – strofowała mnie Agata.

-        Jesteście stuknięte i tyle! – chyba nie byłam zbyt grzeczna, ale może tłumaczył mnie fakt, ze się bałam. Magia czy nie magia, ale jak będzie się teraz zachowywał Boss?

Przy wyjściu ze szkoły czekała mnie niespodzianka. Boss siedział na murku, okalającym bramę i gdy przechodziłam, podstawił mi bezczelnie nogę!

-        Zgłupiałeś, facet? Chciałeś żebyś się przewróciła? – wrzasnęłam na niego, ledwie odzyskując równowagę.

-        Po tym twoim jabłku boli mnie brzuch! – oznajmił bez wstępów.

-        To jabłko nie było przeznaczone dla ciebie, więc nie miej pretensji.

-        I było jakieś dziwne…

-        Ale o co ci chodzi?

-        Było pokłute… – no, gaduła to z niego nie jest!

-        To kara za to, że mi go nie oddałeś!

-        A mogę iść z tobą do domu? – zapytał mnie nagle i wydawało mi się, że sam był zaskoczony swoim pytaniem.

-        Jak to do domu? Ja daleko mieszkam! – wykręcałam się, jak mogłam.

-        No, nie do domu tylko cię odprowadzić. Może odkupiłbym ci to jabłko…

-        Nie zależy mi!

-        To chociaż do przystanku! – Boss mnie prosił. PROSIŁ!

-        No dobra! – powiedziałam głosem znudzonej księżniczki, ale imponowało mi, że Boss zabiega o moje względy.

Na przystanku mnie pożegnał i scena powtarzała się przez tydzień. Stałam się pośmiewiskiem dziewczyn, które pękały ze śmiechu, widząc mnie w towarzystwie zaamokowanego Bossa. Nie mogłam się od niego uwolnić!

-        Czy teraz już wierzysz w magię? – dopytywała się Agata.

-        Zawsze wierzyłam, tylko nie w tę twoją, z księgarni! – odpierałam zarzuty.

Bomba wybuchła, gdy Boss po raz pierwszy przyniósł mi kanapki na dużą przerwę. Zaczęłam się poważnie zastanawiać, o co tu chodzi. Bo w magię wierzyć mi się nie chciało.

-        Boss, powiedz mi, co ci odbiło? Przecież nigdy nie rozmawialiśmy ze sobą! A tu nagle tak mocno interesujesz się moją osobą – zapytałam go wprost.

-        Sam nie wiem… Nigdy nie byłaś w moim typie! Te twoje krótkie, zmierzwione włosy. I okropne czarne ciuchy, jakbyś nie mogła ubrać kolorowej spódniczki, jak normalna dziewczyna. Sam nie wiem, co robię… – a to się rozgadał! – Tak jakoś mi wyszło… To co, pójdziemy do kina?

Po dwóch tygodniach miałam dość. Zwołałam babską naradę.

-        Słuchajcie, bo nie będę dwa razy powtarzać. Trzeba zdjąć z Bossa też czar, bo wkrótce zwariuję. Nie chcę takiego adoratora! On to robi wbrew sobie, a i ja nie darzę go sympatią. Po co mamy się tak męczyć?

-        Magia was złączyła na wieki… – powiedziała grobowym głosem Agata.

-        Dzięki, wielkie dzięki! – byłam bliska rozpaczy.

-        Nie martw się, w mojej książce na pewno są odpowiednie czary… – pocieszyła mnie Agata.

-        Daj mi już spokój z tą twoją idiotyczną książką! Tylko mieszasz! – wybuchnęłam.

-        Spokojnie, chodźmy sprawdzić. Po lekcjach, u Agaty! – zarządziła Małgośka.

Jak się należało spodziewać, receptura pełna była dziwacznych składników. Pozbyć się natrętnego kochanka można było przy pomocy: proszku z nietoperza, pasty do zębów, gumy do żucia i kropli krwi nosorożca. Wiedziałam już od kilku dni, że tę książkę napisał kretyn…

-        Chyba nie zdołasz zrobić tej receptury?- zapytała z troską w głosie Ewka.

-        Dlaczego? Przecież można skoczyć do ZOO, by nakłuć nosorożca. I na pewno mają tam kilka ładnych nietoperzy do wyboru! – powiedziałam z niewinną miną, ale gotowało się we mnie.

Babska narada nie wniosła więc niczego nowego, Boss nadal przynosił mi kanapki, zapraszał do kina i czekał na mnie pod szkołą, nie podstawiając, na szczęście, nogi. I tak musiało widocznie pozostać. Przyznam się, że nawet zaczęłam się do tego powoli przyzwyczajać. Jego towarzystwo stawało się coraz bardziej mi miłe. Kto by pomyślał?

Aż pewnego dnia, równo miesiąc po czarach z jabłkiem, stracił zainteresowanie. Nie przyniósł kanapki, nie czekał po lekcjach. Najwyraźniej czar był jednomiesięczny. Zrobiło mi się dziwnie.

-        Agata, pożyczysz mi „Sekrety miłosnej magii”? – zapytałam jakby nigdy nic.

-        A co? Szukasz czaru „odzyskującego kochanka”? – zapytała rezolutnie

-        Nieee, chciałam tylko coś sprawdzić… – wykręcałam się. A więc jest tam czar na odzyskanie czyichś uczuć! Całe szczęście!

Tekst: Beata Łukasiewicz, (zdj. z karotkowe.blogspot.pl)

 

Print Friendly