Lubię zwiedzać magiczne miejsca. Takim była dla mnie Lizbona, ale ostatni (październikowy) weekendowy pobyt w niej zaowocował sporem z… portugalską komunikacją miejską carris. Otóż, w Lizbonie niewątpliwym udogodnieniem dla turystów sa bilety kilkudniowe – tańsze i pozwalające na poruszanie się wszystkimi rodzajami komunikacji. Nabyliśmy taki 2-dniowy czyli 48-godzinny. System jest elektroniczny – kartonik z magnetycznym paskiem, który uaktywnia się pierwszy raz wsiadając do pojazdu, a potem za każdym razem zbliżając do czytnika. Bilety kupowaliśmy na poczcie, gdzie ostrzezono nas, byśmy zachowali rachunek, bo czasem bilety nie działają, więc  jest on potwierdzeniem zakupu biletu na okresloną ilość dni. Po ponad 30 godzinach uzytkowania 48-godzinnego biletu zaczeły się nasze kłopoty. Najpierw dwa z nich odmówiły posłuszeństwa w metrze i bramki nie chciały nas wpuścić. Pracownik metra zerknął na okazany mu rachunek i otworzył je ręcznie. Podczas wyjścia z metra znów jeden bilet nie działał, ale po kilku próbach przeciągnięcia po czytniku – był już ok.

Nastepnie wsiedliśmy do słynnego lizbońskiego tramwaju – znów z 4 biletów jeden nie działał (czytnik czerwono to zasygnalizował). Zaraz na następnym przystanku pojawili się kontrolerzy i zaczęła się afera. Kłótnia z nimi trwała godzine, wezwano policje, wysadzono nas z pojazdu, nie zerkano nawet na rachunek, upierając się, że jeden bilet stracił wazność… 3 minuty temu. W końcu podstępem wyciągnięto od nas paszport i wypisano zamiast notatki z zajścia… mandat na ponad 700 euro! Zobligowano nas też do wysłania z Polski maila z wyjaśnieniem całej sytuacji i skanami wszystkich (nawet tych dobrych) biletów, rachunków itp.

Tego wszystkiego dopełniliśmy po powrocie z „upojnego” weekendu w Lizbonie, domagając się jednocześnie anulowania mandatu i dużych przeprosin. Odpowiedź nadeszła po tygodniu. Generalnie pouczono nas, że naszym obowiązkiem w razie stwierdzenia niewazności biletu było zakupienie kolejnego, bo to reguluje jakaś portugalska ustawa o transporcie (chyba?). Po drugie, poinformowali, że rozpoczną procedurę anulowania biletu (ale jej jeszcze nie skończyli, jesli w ogóle rozpoczęli). Przeprosin nie było i w ogóle o co nam chodzi, skoro nie mieliśmy waznego biletu?

Wygląda mi na to, że konsument w Portugalii nie ma żadnych praw – np. opłacając z góry usługę (w tym przypadku przejazdu komunikacją miejską przez 2 doby) musi się liczyc z kolejnymi opłatami za… to samo, i to w majestatcie jakiejś niedostepnej dla turysty do poczytania ustawy! Mandat też nam wlepiono wysoki, bo w tramwajach było wzmianka o 150-krotności opłaty za bilet, a w piśmie poinformowali, że ta kwota to od 175 do 425 euro, skąd więc nasz mandat opiewa na ponad 700??? Czyżby to był lizboński sposób łatania budżetu i ratowania podupadającej… gospodraki tego dziwnego kraju?

Nieprędko się tam wybiorę z ponowną wizytą, niesmak pozostał i tyle. W dodatku spór się jeszcze nie zakończył.